To był rok w którym po raz ostatni PRL świętował swoją okrągłą rocznicę . to również był rok w którym po raz pierwszy spędzałem wakacje jako człowiek (we własnym mniemaniu) dorosły .
Plan wypoczynku ułożony misternie wiosną , nie pozostawiał zbyt wiele miejsca na przypadkowe zdarzenia , wszystko się zazębiało jak ząbki w zamku błyskawicznym. Dla żartu założyłem się z koleżankami z którymi jechałem w Bieszczady że ogolę głowę na łyso pozostawiając bujną brodę wychodowaną na przestrzeni ostatniego roku . Szkoda jednak było mi pieniędzy na fryzjera , a i wstydziłem się nieco nowej fryzury (takie były czasy) , w związku z tym przymusiłem mamę żeby mi ścięła włosy do zera. Biedna kobieta , jak dziś pamiętam jak płakała a jej łzy kapały mi na plecy kiedy ścinała mi włosy nożyczkami tuż przy samej skórze . Dzisiaj po latach nawet nie dziwię się jej , bo na zdjęciach widać jaki był efekt tej przemiany , z młodego chłopaka z czupryną nagle przeistoczyłem się wypisz , wymaluj w szemranego typa. Dopełnieniem tego wizerunku miało być moro , które z pomocą kolegi „Żyka” kupiłem za cztery wina „La Patik” od ogniomistrza państwowej straży pożarnej , który zadowolony z transakcji dorzucił mi bonus w postaci bojowego parcianego pasa strażackiego. Konsekwencje mojego tak nietuzinkowego wyglądu miałem odczuć w Ustrzykach na polu namiotowym , o czym kiedyś opowiem . Niecierpliwym nadmienię tylko że z okazji wcześniej przywołanego jubileuszu została ogłoszona amnestia na dzień 22 lipca.
Plan wypoczynku ułożony misternie wiosną , nie pozostawiał zbyt wiele miejsca na przypadkowe zdarzenia , wszystko się zazębiało jak ząbki w zamku błyskawicznym. Dla żartu założyłem się z koleżankami z którymi jechałem w Bieszczady że ogolę głowę na łyso pozostawiając bujną brodę wychodowaną na przestrzeni ostatniego roku . Szkoda jednak było mi pieniędzy na fryzjera , a i wstydziłem się nieco nowej fryzury (takie były czasy) , w związku z tym przymusiłem mamę żeby mi ścięła włosy do zera. Biedna kobieta , jak dziś pamiętam jak płakała a jej łzy kapały mi na plecy kiedy ścinała mi włosy nożyczkami tuż przy samej skórze . Dzisiaj po latach nawet nie dziwię się jej , bo na zdjęciach widać jaki był efekt tej przemiany , z młodego chłopaka z czupryną nagle przeistoczyłem się wypisz , wymaluj w szemranego typa. Dopełnieniem tego wizerunku miało być moro , które z pomocą kolegi „Żyka” kupiłem za cztery wina „La Patik” od ogniomistrza państwowej straży pożarnej , który zadowolony z transakcji dorzucił mi bonus w postaci bojowego parcianego pasa strażackiego. Konsekwencje mojego tak nietuzinkowego wyglądu miałem odczuć w Ustrzykach na polu namiotowym , o czym kiedyś opowiem . Niecierpliwym nadmienię tylko że z okazji wcześniej przywołanego jubileuszu została ogłoszona amnestia na dzień 22 lipca.
W wielkim skrócie , mój wygląd zrobił wrażenie na koleżankach . Pogoda nam dopisała i Bieszczady (wtedy jeszcze odludne) były piękne. Dwa tygodnie spędzone w Bieszczadach zakończyło nasze ( moje i koleżanek ) rozstanie na dworcu w Rzeszowie . Dziewczyny pojechały do Gryfic a ja do Krakowa.
Teraz miała się spełnić druga część wypoczynku z grupą znajomych ze scholii na oazie w Bukowinie Tatrzańskiej. Jak wielką nonszalancją się wykazałem , mając tylko jako adres docelowy nazwę miejscowości. Co prawda znajomi przed wyjazdem mówili żebym zapisał adres , ale zwiedziony tym że Bukowina to (w moim mniemaniu) „wioska” nie bardzo się na tym skupiłem. Byłem pewny , że bez problemu znajdę na wsi oazę , święcie przekonany że może być maksymalnie na takiej wsi ze dwadzieścia gospodarstw.
Do Krakowa dotarłem bez problemu , niestety dopiero wieczorem . Okazało się że w kierunku Bukowiny już dzisiaj nic nie jedzie . Stwierdziłem że pojadę do Nowego Targu , a stamtąd doczłapię się do tej Bukowiny w trzy godziny , przecież to niespełna 20 km . I znowu moja wiedza o świecie ukształtowana na nizinach miała brzemienne w skutkach konsekwencje. Tak około godziny 20-tej dojechałem do Nowego Targu i widząc po drodze co oznacza 20km w górach , bezapelacyjnie dotarło do mnie że nie ma szans na spacerek do Bukowiny. W związku z tym że pieniędzy miałem tyle co kot napłakał musiałem przenocować na dworcu PKS w Nowym Targu. Na szczęście dworzec był nowy i przestronny , było też pusto w holu stała nawet jakaś wielka palma. Wpakowałem się w wojskowy wojłokowy śpiwór ułożony na ławce i w komfortowych warunkach usnąłem.
Obudziłem się rano około godziny siódmej , spakowałem i zaopatrzony w bilet zająłem miejsce w autobusie do Bukowiny . Siedząc wygodnie przy oknie dziękowałem Bogu że zostałem na noc w Nowym Targu. Autobus wspinał się i na łeb na szyję staczał z pokaźnych wzniesień nie bez trudu. Plan był taki żeby wysiąść w Bukowinie Dolnej i idąc przez „wieś” odszukać moją oazę. Jak zaplanowałem tak i zrobiłem. Nieświadomy niczego wysiadłem w Dolnej . Jak sama nazwa mówi to była najniższa część Bukowiny a dalej było już tylko pod górę i pod górę i pod górę. Objuczony nieporęcznym plecakiem i ciężkim śpiworem oraz zdekompletowaną gitarą z trudem gramoliłem się . Jak się później okazało do miejsca oazy miałem 5 km i to cały czas pod górę. Wieś okazała się rozległa jak miasto i pełna turystów , numery domów podawane były w tysiącach . Nie znając adresu i nazwiska właścicieli gospodarstwa w którym zatrzymała się oaza nie miałem szans dopytania się u tubylców o miejsce ich pobytu. Pozostało mi tylko mozolne wspinanie się i ustawiczne rozglądanie czy może gdzieś przypadkiem nie zobaczę znajomej twarzy. W tamtych czasach nie było jeszcze telefonów przenośnych . Niestety jak się okazało i grup oazowych było co najmniej kilkanaście , o czym dowiedziałem się przy kościele. Do południa pokonałem drogą główną Bukowinę dwa razy . Zmęczony i głodny wyczerpałem już chyba wszystkie możliwe pomysły jak ich znaleźć . Przy trzecim podejściu cholerną główną ulicą Bukowiny , chyba prowadzony palcem bożym zobaczyłem na jednym z domów niedaleko kościoła tabliczkę „Sołtys”...
