Ostatni dzień wakacji potocznie odczuwany jako koniec lata.
Pomimo tego że edukację w trybie stacjonarnym skończyłem prawie czterdzieści lat temu,
to odczuwam jak w odruchu Pawłowa serię głęboko osadzonych w podświadomości irracjonalnych impulsów.
Ostatni dzień … a właściwie zwykły dzień, pogoda iście emerycka. Ciepło z lekką rześkością pozostałą po chłodnej nocy,
brak uporczywego słońca i dosłownie leciutki ruch powietrza jakby cichy szept.Tylko usiąść na ławeczce i rzuć bezzębnymi dziąsłami skórkę od chleba.
Jak na starym zdjęciu zastygłym w czasie, z którego emanuje niczym nie zmącony spokój, na którym grupa przyjaciół jak koczownicy skupieni wokół tajemniczej siły łączącej ich przez lata. Choć każdy z nich zajęty czym innym, stanowią jedno, wieloraczki wielojajowe, jednym karmieni mlekiem.
Ostatni dzień lata, a jakby pożegnanie czasu.
Tajemnicza siła okazała się słaba jak babie lato,
nie ma Ciebie,
przyjaciele okazali się nie moi
i rodzina też.
