Przejdź do treści

Wpis 0693 - Miturinka

Zawsze pamiętaj że Cię Kocham
Pomiń menu
11.VIII.2022 ( Zanim poznałem Dorotkę - Gigant 08.1982) Cz.8

         Los lubi powtórki, ponownie jak Syzyf przytłoczeni swoimi tobołami ruszyliśmy w drogę. W zapomnienie poszła podróż auto-stopem. Naszą pomocną dłonią stała się królowa żelaznych dróg PKP. Nie bacząc na uszczuplenie naszych funduszy mogliśmy wpatrzeni w okna podziwiać Polskę. Jej różnorodność, od ogromnych połaci lasów przez różnokolorowe pola do leniwie płynących rzek. Całość z pozoru wątpliwej urody ale z tym wyjątkowym błyskiem w oku zdradzającym jej upór i zadziorny temperament, a jednocześnie naiwność i wiarę w ideały. Patrząc na tę wyjątkowość pojąłem tęsknotę Chopina , Mickiewicza , Słowackiego i Norwida.
 
         Z trójmiasta pojechaliśmy do Bydgoszczy gdzie nocowaliśmy w schronisku  młodzieżowym w otoczeniu osób z różnych stron demoludów. Pamiętam Ivo z ówczesnej Jugosławii z którym językiem fizycznych i kilkoma słowami po angielsku rozmawialiśmy o muzyce, między innymi o jedynym znanym mi zespole z Jugosławii „Bielo dugme” Brgovicia. Nasza nikła zażyłość skończyła się gdy usłyszałem niewybredny komentarz pod moim adresem wypowiedziany przez Ivo do innego obywatela demoludów „…heavy music for heavy people…”
 
         W Bydgoszczy odchudziliśmy nieco nasze tobołki zostawiając część z nich u małej Gosi, uczestniczki opisanej przeze mnie orgii w Babich Dołach. Tak więc pozostały u niej na przechowanie moja mała gitara z naklejonymi kwiatkami , akcesoria biwakowe i tym podobne. Ogólnie Bydgoszcz przyjęła nas chłodno. Z kwiecistych zaproszeń ze strony osób poznanych w Babich Dołach ziściła się tylko krótka rozmowa z Gosią przez próg jej domu.
 
         Kolejnym etapem naszej podróży była Warszawa. I znowu nasza kochana królowa PKP przytuliła nas do swoich brudnych siedzeń. Pamiętam że jechaliśmy wagonem piętrowym w towarzystwie młodej dziewczyny jadącej do rodziny w Warszawie. Siedziałem wsparty o czerwone siedzenie pokryte dermą. Dzień był upalny, przy każdym moim ruchu czułem brzydki zapach. Zrozumiałem że moja higiena nie była kryształowa. Nie mogąc się skupić na rozmowie zastanawiałem się gdzie popełniłem błąd, wszak kąpałem się codziennie. Pogrążony tym dyskomfortem z trudem doczekałem zakwaterowania nas w warszawskim schronisku przy Smolnej. Jak stałem powędrowałem do łazienki i po kolei zdejmowałem ubrania. Wszystko było bez zarzutu, ale zapach dalej wyczuwałem. Stałem i patrzyłem bezradnie na zrzucone ubrania. Nagle mnie olśniło. Od wyjazdu z domu schudłem kilkanaście kilogramów tak że spodnie w pasie były za szerokie o jakieś dwadzieścia centymetrów. Bez przeszkód spadały mi do kostek, na szczęście mój wizerunek opierał się między innymi na przedwojennych amerykańskich szelkach z logiem New York-u. Ten skarb pochodzący z darów od rodziny w USA wygrzebałem po śmierci dziadka Józefa z jego rzeczy osobistych jakie po nim zostały. Szelki te kryły pewną tajemnicę, prawie w całości były wykonane z płótna z małymi wstawkami z gumy.  Właśnie te płócienne pasy nasiąknięte moim potem wydzielały ten przykry i intensywny zapach.
 
         Pokój w schronisku na Smolnej dzieliliśmy ze starszym panem (przypominającym mi Tsantsa po Hołdysie zrobionym przez Jivaro) i jego wnukiem. Ów pan wieczorami raczył nas ciekawymi opowieściami. Był żydem, który część wojny przeżył w obozie koncentracyjnym w towarzystwie cyganów. Od nich nauczył się rozmawiać po romsku. Właśnie ta umiejętność wiązała się z jego opowieścią, która zapadła mi w pamięć.
 
-Podczas jednej z jego podróży do Polski został zaczepiony w przejściu podziemnym przez cygankę, która bardzo nachalnie chciała mu powróżyć. Zdesperowany nie mogąc się jej pozbyć powiedział jej w końcu po romsku „drom manuszni”. Cyganka zamilkła i chwilę potem już jej nie było. Jako że w przejściu podziemnym znajdowały się punkty handlowe, nasz narrator spędził tam jeszcze dłuższą chwilę. Jakie było jego zaskoczenie gdy wychodząc z jednego z nich natknął się na rosłego pękatego mężczyznę, który bezceremonialnie zagrodził mu drogę swoją zwalistą sylwetką. W pierwszej chwili strach padł na naszego bohatera opowieści, ale razem z pierwszymi wypowiedzianymi przez tajemniczego jegomościa słowami cała sprawa się wyjaśniła. Jak się okazało ten człowiek był mężem nieszczęsnej cyganki, która stała nieopodal zakrywając jedną stronę twarzy dłonią. Mówiąc po romsku przepraszał serdecznie naszego bohatera i nie uznając jego sprzeciwu zapraszał do siebie w gościnę. Tak też stało się, gościna trwała do końca pobytu w Polsce. Był traktowany jak bardzo ważny gość i członek najbliższej rodziny jednocześnie. Cyganka nie odważyła się więcej do niego odezwać. Z opowieści gospodarza wynikało, że usłyszawszy od nagabywanego człowieka język romski wystraszyła się iż pójdzie on na skargę do starszego gminy. Wolała już przyznać się mężowi niż przynieść mu wstyd wobec całej gminy. Mąż oczywiście nie omieszkał zdyscyplinować swojej głupiej żony i pacnął ją delikatnie w twarz tak że ślad tej rozmowy nosiła w postaci wielkiego siniaka przez dłuższy czas.
 
         Warszawska gościnność okazała się jednak daleka od tej jakiej doświadczył nasz współlokator. Ze wszystkich poznanych w Babich Dołach osób udało nam się skontaktować tylko z Violą śpiewaczką chóru „Syrena” (nie jestem pewien nazwy chóru). Zaprosiła nas do siebie na obiad (jedliśmy pyszną fasolkę szparagową) i umówiwszy się z nami na kolejny dzień zapadła się pod ziemię. O ile dobrze pamiętam miała problemy ze zmianą tonacji głosu i bardzo martwiła się o swoją karierę w chórze.
 
         Osamotnieni z topniejącymi funduszami nie zabawiliśmy w Warszawie tak długo jak planowaliśmy. W zasadzie czas spędziliśmy na uganianiu się za znajomymi i przesiadywaniem w podziemiach pomiędzy  dworcem śródmieście i dworcem centralnym, gdzie było na tyle chłodno że dało się znosić uporczywe upały w mieście. Właśnie w tych podziemiach pierwszy raz spróbowaliśmy prawdziwych hot-dogów. To był kolejny po latach przerwy odkryty mi przez stolicę nowy smak (po maśle roślinnym i coca-coli), smak w którym się zakochałem. Mirek wyliczył że stać nas jeszcze na jednego hot-doga na głowę dziennie przyjmując że gościnność wrocławiaków będzie taka jakiej się spodziewaliśmy.
 
         Pobyt w Warszawie zakończyliśmy na dworcu wschodnim, w pogodny letni wieczór. Na peronie na który miał być podstawiony pociąg do Wrocławia czekał też ogromny tłum ludzi jadących do Zakopanego. Jako że nasz pociąg był podstawiany później i nie budził takiego zainteresowania usadowiliśmy się na skraju peronu gdzie tłum był o wiele mniejszy. Siedząc na swoich odchudzonych tobołkach z braku innego zajęcia obserwowaliśmy niezmierzoną ciżbę nerwowo czekającą na podstawienie wagonów. Jak w ulu w którym nagle pojawia się intruz tak zawrzało na peronie do którego zbliżał się powoli długi skład. Ilu było oczekujących tyle było reakcji. Większość próbowała ustawić się na peronie tak żeby znaleźć się jak najbliżej wejścia do wagonu. Wśród nich znalazł się jednak z pozoru przeciętny ojciec dużej rodziny. Razem z dużą ilością wszelakich waliz i walizek oraz kilkuosobową rodziną czekał nieopodal nas. Na pierwszy rzut oka wyglądał na przysłowiową „dupę” a jego strategia zajęcia przedziału w wagonie była skazana na przegraną. Jak mówią „pozory mylą”. Nieoczekiwanie staliśmy się świadkami kaskaderskiego wyczynu tego niepozornego jegomościa. Właśnie od tej strony gdzie stał powoli wtaczały się wagony, drzwi do nich były pozamykane, ale przez czyjąś niedbałość w jednym z wagonów pojawiło się otwarte na oścież okno. Gdy zauważył to ów jegomość błyskawicznie, bez najmniejszej chwili zastanowienia postawił na ziemi dwie ogromne walizy i jednym (niezwykłym jak na niego) sprężystym susem uwiesił się na krawędzi otwartego okna by po chwili zniknąć w środku. Zamurowało nas, a ręce same złożyły się do oklasków. Co dziwniejsze jego żona i kilkoro dzieci stało spokojnie dalej na swoim miejscu, tylko starszy chłopiec podniósł z ziemi pozostawione przez ojca walizki. Armagedon, to słowo oddawało pełnię tego co się działo. Tłum wrzał, płacz dzieci przeplatał się z krzykami dorosłych a całość ukwiecona niewybrednym słownictwem płynącym nawet z pozoru dystyngowanych ust.
 
         Nasz pociąg podjechał gdy tłum zmierzający do Zakopanego upchnął się do podstawionych wagonów. Bez tak heroicznej walki dostaliśmy się do bez-przedziałowego wagonu II klasy i rozłożywszy swoje śpiwory na ziemi w przejściu pomiędzy jedną a drugą częścią wagonu ułożyliśmy się w nich wygodnie. Jako że dzień dobiegał końca, a słońce po upalnym dniu zachodziło za horyzont, szykowaliśmy się do przespania całonocnej podróży. Tak też się i stało, spaliśmy niezakłóconym snem. Jeszcze tylko jak przez mgłę pamiętam konduktora sprawdzającego bilety, który popatrzywszy na nas po chwili zastanowienia zrezygnował na z budzenia i powędrował dalej. Poza tym zdarzeniem spałem spokojnie, może dlatego że w końcu miałem zobaczyć Beatę.
   
Wróć do spisu treści