Właśnie skończyłem pracę po raz ostatni sprawdzając pocztę i wszystkie konta bankowe czy nie zostały jakieś zaległości z którymi nie chciałem pozostać na święta. Przetarłem jeszcze tylko kurz z laptopa i schowałem go do plecaka z nadzieją że przynajmniej do Nowego Roku nie będę musiał z niego korzystać.
Za oknem zapadł bezśnieżny zmrok . Wychodząc z pokoju włączyłem lampki na choince i puściłem muzykę świąteczną z RMF Classic.
Zerknąłem do kuchni , Dorotka właśnie wyjmowała z piekarnika biszkopt , a na stole stały już przygotowane produkty na makowiec.
-Już do ciebie idę Dorotka , tylko umyję ręce
-Dobrze , dobrze nie spiesz się jeszcze chwilę potrzebuję na uprzątnięcie blatu żebyś miał gdzie zwinąć makowce.
-Spokojnie , zanim zagniotę ciasto i zanim wyrośnie to trochę czasu minie , na razie żebym miał tylko miejsce na kuchni , bo muszę zagrzać mleko i rozpuścić margarynę.
Założyłem fartuch i z zakasanymi rękawami koszulki zabrałem się do przygotowywania ciasta. Nie trwało to dłużej niż pół godziny i ciasto zamknięte w Maksymilianie odstawiłem w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. W międzyczasie podzieliłem mak na równe części, przygotowałem też arkusze papieru do pieczenia i dwie blaszki.
Dorotka nie mając już nic pilnego do roboty przycupnęła na krześle , z rozważonych porcji maku uszczypnęła trochę i ulepiwszy małą kulkę dokonała degustacji.
-Bałam się że nie będzie dobry jak czarowałeś przy nim wczoraj , ale jest pyszny . Dałeś do niego sok z pomarańczy? - zapytała
-I sok i skórkę z nich też dałem-odpowiedziałem
Moja kochana szefowa asystowała mi mentalnie wspierając dobrą radą.
- Jak już zawiniesz makowce to zrobię lukier tylko czy zostawiłeś białka? - z troską w głosie zapytała
- Tak zostawiłem dwa białka , to powinno wystarczyć- odpowiedziałem
-A jaki lukier będziesz robić śmietankowy czy migdałowy?- dodałem
-Zawsze do makowca robimy migdałowy ,to niech tak pozostanie-odpowiedziała
- OK...
W tym właśnie momencie rozległ się głośny dźwięk odskakującej pokrywki w Maksymilianie ( muszę wyjaśnić że Maksymilian to specjalna miska Tupperware do garowania ciasta i zgodnie z zasadą powinna pokrywka dwa razy odskoczyć żeby ciasto było poprawnie wyrośnięte) Dorotka wystraszyła się i oburzona powiedziała:
- Chyba nigdy się nie przyzwyczaję , za każdym razem mnie ta cholerna miska straszy.
Ja uśmiechając się życzliwie ponownie zamknąłem pokrywkę Maksymiliana i chwilowo nie mając nic do roboty usiadłem na krześle obok Dorotki.
- Co się pani gosposia tak boi , ja panią obronię , żadna miska pani krzywdy nie zrobi-
powiedziałem i pieszczotliwie złapałem ją za kolana.
W dalszym ciągu udawała niby to obrażoną , ale dyskretnie uśmiechała się i złośliwie nasuwała fartuszek na kolana odsuwając moje ręce.
Tak drocząc się z panią wystraszoną kątem oka obserwowałem jak pokrywka na Maksymilianie powoli zaczyna podnosić się do góry. W między czasie żeby nie tracić czasu podsypałem blat mąką cały czas czekając na drugi wystrzał Maksymiliana . Niestety i ja padłem jego ofiarą , na chwilę tylko tracąc czujność. Właśnie w tym momencie złośliwa pokrywka odskoczyła głośno drugi raz .Wystraszyłem się , a Dorotka po raz kolejny podniesionym głosem powiedziała:
-A niech ją cholera znowu się wystraszyłam.
I obydwoje parsknęliśmy śmiechem.
Teraz już praca potoczyła się szybko. Dorotka poszła do pokoju podlać choinkę a ja w tym czasie rozwałkowałem pierwszy placek i ułożyłem na nim równą warstwę maku. Już miałem zwinąć pierwszy makowiec gdy za swoimi plecami usłyszałem cichy ale stanowczy głos Dorotki:
- Zawijasz w złą stronę
Była tak poważna , że w pierwszej chwili zwątpiłem czy rzeczywiście nie robię czegoś źle
- Jak w złą stronę?– zapytałem niepewnie
- No jak zawiniesz w tę stronę to po rozkrojeniu makowiec nie będzie w środku zwinięty– dalej poważnie mnie przekonywała
- Poczekaj , poczekaj niech się zastanowię, moim zdaniem nie da się tego zwinąć inaczej, w którą stronę by mnie zwinął zawsze będzie dobrze
- Rób jak chcesz , ale pamiętaj że Cię ostrzegałam– nie przekonana dalej upierała się przy swoim
- To dobrze zwinę w ten sposób a potem zobaczymy co wyjdzie. W zasadzie co by się nie stało to i tak to zjemy.
Pierwsze trzy makowce trafiły do piekarnika, trzy pozostałe zawinięte w papier do pieczenia czekały cierpliwie na swoją kolej. W międzyczasie Dorotka zrobiła lukier i trzymając pędzel w ręku czekała na pierwszy wypiek do lukrowania.
Jakąś godzinę później sześć ładnie polukrowanych i wypieczonych makowców stygła na blaszkach.
- No to jak , sprawdzamy czy dobrze są zwinięte?– z nożem w ręku czekałem na decyzję Dorotki
- No dobrze sprawdź– powiedziała, ale jej mina świadczyła o tym że czuje że nie miała racji.
Jak było do przewidzenia makowiec po rozkrojeniu prezentował się całkiem normalnie , a nawet można powiedzieć że bardzo ładnie. Równo zwinięte warstwy ciasta przedzielone warstwami maku były bez zarzutu.
-Jak się kobieta uprze to jej nie przekonasz– powiedziałem
-Co mi się ubzdurało. A byłam przekonana że źle zwijasz– powiedziała Dorotka
-Mój ty kochany makowczyku– powiedziałem do niej i z miłością mocno ją przytuliłem.
Taka przytulona ze swoim czupurnym światem już zawsze będzie w moich ramionach.
