Tak charakterystyczny gwar mieszający się z dobiegającymi ze wszystkich stron frazami świątecznej muzyki zdawał się wędrujących we wszystkich kierunkach ludzi wprowadzać w trudny do określenia trans będący splotem samozadowolenia i dziecięcej radości z nieograniczonej sposobności oglądania, dotykania i kupowania tysiąca różnych przedmiotów. Na twarzach ich malowała się mieszanina radości i zmęczenia , podobna do tej jaką można dostrzec na twarzy maratończyka przekraczającego linię mety. To skojarzenie zgoła zdawało się być kadrem rodem z filmów niemego kina , bo cóż wspólnego na przykład mogli mieć z człowiekiem który właśnie przebiegł czterdzieści kilometrów , otyła pani w podeszłym wieku i jej łysy utykający mocno małżonek taszczący za nią wielkie papierowe torby . Ogólnie rzecz ujmując w tej różnorodności twarzy , sylwetek i wieku wspólnym mianownikiem zdawał się być tylko ten wyjątkowy przedświąteczny stan ich duszy.
Nie ukrywam , że i my zatopieni byliśmy w tym malowniczym tłumie "zombi-zakupowiczów". Nasz dzień przeznaczony na zakupy dobiegał końca i lekko już znużony siedziałem na kolejnej w miarę wygodnej ławeczce przed kolejnym sklepem ściskając między nogami pokaźnych rozmiarów torbę zakupową w połowie wypełnioną różnymi drobnymi detalami . Przede mną skrzyła się migocącymi światełkami wystawa pełna ubrań podkreślających porę roku i zbliżające się święta. Gdzieś w tle pomiędzy regałami pełnymi ubrań i manekinami ubranymi w zimowe swetry , czapki i kurtki skrzyły się blond włosy mojej kochanej właścicielki zawartości wielkiej torby na której straży stałem. Co jakiś czas spoglądała z uśmiechem w moją stronę jakby chcąc się upewnić że nie przepadłem gdzieś w tym wszech ogarniającym nas tłumie. Nic nie sprawiało mi takiej radości jak to dyskretne obserwowanie jej oglądającej i przymierzającej coraz to inne ubrania i bibeloty. Z błogiego zamyślenia wyrwał mnie nieoczekiwanie jej głos.
-Mamy jeszcze czas? Chciałam jeszcze wrócić do "Solara" tam były takie fajne czarne korale - zapytała
-Nie ma problemu , mamy jeszcze godzinę - odpowiedziałem , i poprowadziłem ją w stronę wspomnianego sklepu , który już dwa razy dzisiaj odwiedzaliśmy.
Tym razem nie zostałem na zewnątrz i zaciekawiony co takiego wpadło w oko mojej sroce , jak cień podążyłem za nią. Stanęła przed gablotą w której pod szkłem leżały rzeczone korale a w zasadzie coś bardziej bogatego w formie składającego się z dwóch lub trzech sznurów korali wykonanych z czarnego lśniącego tworzywa i połączonych patynowanym łańcuszkiem. Bardziej przypominały różnej wielkości owoce czarnej porzeczki niż korale , ale błysk z jakim odbijały się w źrenicach Dorotki nie pozostawiał złudzenia , że były to korale jej marzeń. Ona tocząc jakiś wewnętrzy bój poprosiła ekspedientkę o pokazanie przedmiotu jej zainteresowania. Delikatnie ujęła je w dłonie i przykładając do dekoltu przed lustrem zerkała na mnie. Wyglądała jak poszukiwacz , który po długich latach odnalazł skarb. Po chwili odłożyła je delikatnie do etui , a spojrzawszy na metkę zmartwiła się nie ukrywając tej odrobiny smutku jaka przemknęła jej przez twarz.
- Podobają ci się ? - zapytała retorycznie i nie czekając na odpowiedź dodała
-Nie są takie tandetne jak w innych sklepach , ale za drogie.
Jak wiele jej cech i to w niej kochałem , że pomimo fascynacji gotowa była zrezygnować z zakupu uważając , że nie może sobie pozwolić na taki wydatek. Za tę jej skromność w podejściu do swoich marzeń zawsze jej odpłacałem, tak też i było tym razem.
-Nie darował bym sobie gdybyś nie ubrała ich na wigilię - powiedziałem i nie dając jej czasu na odpowiedź poprosiłem ekspedientkę o zapakowanie korali.
Dorotka nie protestowała , a torebki z zapakowanymi koralami nie pozwoliła mi włożyć do innych zakupów , jakby chcąc się upewnić że nikt jej ich nie odbierze już do końca się z nią nie rozstawała.
Jakieś czterdzieści minut później , gdy już minęliśmy osiedle Słoneczne , zatopieni w wieczornym mroku rozświetlanym światłami reflektorów odbijającymi się od otulającego świat do najdrobniejszej gałązki śniegu , wracaliśmy w ciszy do domu. Z radia dobiegała do nas świąteczna muzyka , a Dorotka siedząca obok mnie z uśmiechem na twarzy mrużyła sennie powieki wciąż trzymając na swoich kolanach wymarzone korale nienagannie zapakowane w małą świąteczną torebkę.
Nic nie musiała mówić , ta cisza była jak jedno słowo odbijające się niekończącym echem w bezkresnej przestrzeni naszych serc.
-..kocham Cię... kocham Cię... kocham Cię....- brzmiało w ciszy
