Śnieżna zima , mroźna zima w krainie białych niedźwiedzi jak się wtedy mówiło o powołaniu do wojska pod granicę z ZSRR. Niewiele czasu upłynęło od kiedy pojawiłem się w Bemowie a już zdążyłem się stęsknić i napisać do Dorotki dwadzieścia listów . Gdy je dzisiaj czytam są jak rozmowy we współczesnych komunikatorach , z tą różnicą że przerwy pomiędzy naszymi zdaniami można liczyć w dniach a nie sekundach. Piękne było to że , każde słowo mogło w nas dojrzeć , okrzepnąć i zakwitnąć w końcu odpowiedzią. W trudnej codzienności na granicy patologicznego stresu człowiek żył przyszłością . Budował ją w sobie , kreował jej obrazy i głęboko zaszczepiał co owocowało przyszłymi naszymi wspólnymi latami.
Zbliżała się chwila przysięgi . Czas poprzedzony ustawiczną musztrą , szkoleniami ideologicznymi i innymi bzdurami. Czas ten jednak miał inną ukrytą moc , moc która pozwalała z odrobiną radości rosnącej każdego dnia znosić trudy unitarki. Nie trudno zgadnąć , że przysięga wiązała się z obecnością najbliższych , którzy byli niejako z urzędu zapraszani do obecności w tej "podniosłej" chwili . Tak też i do mnie mieli przyjechać rodzice i Dorotka. Radość niosła mnie na skrzydłach ponad szarą codziennością.
Przysięga miała być w niedzielę ósmego grudnia a Dorotka z rodzicami mieli przyjechać w sobotę i nocować w hotelu garnizonowym. Do obiadu mieliśmy mieć zajęcia , tak więc dopiero po południu mogłem liczyć na spotkanie. Po próbie generalnej przysięgi i zakończeniu zajęć czekałem z niecierpliwością na informację i zgodę na wyjście z pododdziału (przed przysięgą mogłem opuszczać pododdział tylko w obecności dowódcy drużyny (kaprala) . Powoli zapadał zmierzch , siedziałem jak na szpilkach , a tu nic. Każde kroki na pododdziale , każde skrzypniecie drzwi przyprawiało mnie o mocniejsze bicie serca. Minuty ciągnęły się jak godziny , jeden oddech trwał wieczność . Gdy już prawie straciłem nadzieję do sali wpadł podoficer dyżurny i w progu zawołał głośno:
-Brzozowski migiem do szefa kompani.
Zerwałem się i chyba nigdy więcej tak ochoczo nie wykonałem rozkazu. Zdyszany wpadłem do szefa , chciałem się zameldować , ale nie dał mi skończyć tylko powiedział:
-Tu masz mundur i buty ubieraj się , zwal onuce i zakładaj skarpety - dodał
Ze zdenerwowania trzęsły mi się ręce , kręciło mi się w głowie od nadmiaru adrenaliny . Szef widząc moją nieporadność zaczął pomagać mi się ubierać . Pamiętam jak byłem skonsternowany gdy zakładał mi skarpety i zapinał opinacze w kamaszach . Jeszcze tylko szalik , płaszcz i czapka i popychany przez szefa w jego asyście biegiem skierowałem się do hotelu . Jako że hotel znajdował się poza terenem jednostki , szef przeprowadził mnie przez bramę obok zdziwionego wartownika i po krótkiej chwili meldując się przekazał mnie czekającemu przy drzwiach tacie ubranemu w mundur . Tato uścisnął mu dłoń i jakby nie zauważając komizmu całej sytuacji podziękował grzecznie szefowi i obiecał że do capstrzyku dostarczy mnie na pododdział.
Jeszcze do przepustki na święta myślałem że ten pośpiech szefa był przyczyną bezpośredniej interwencji taty , ale w święta tato opowiedział mi co się wydarzyło.
Zgodnie z jego opowieścią wszystko było ustalone i po zajęciach miałem być doprowadzony do hotelu , ale urażona godność kapitana Pardo spowodowała że celowo zatrzymano mnie na pododdziale. Tato gdy się zorientował co się dzieje poszedł do znajomego pułkownika Wysłycha , który był w centrum szkolenia kwatermistrzem ( to z nim wcześniej załatwił moje wyjście z pododdziału) , a ten gdy usłyszał co się dzieje bardzo się zdenerwował. Było to wyjątkowe ponieważ był człowiekiem dystyngowanym , małomównym z pozoru bardzo spokojnym. Słów jakie użył w rozmowie z szefem pododdziału nie przytoczę . Gdy odłożył słuchawkę telefonu momentalnie przybrał swoją naturalną pozę i spokojnie w serdeczny sposób przeprosił tatę za niedogodność.
Nic już nie miało znaczenia , całe to zwariowane popołudnie pędzące jak rajdowy samochód wyhamowało w chwili gdy w pokoju hotelowym zobaczyłem Dorotkę.
Te kilkadziesiąt dni rozłąki sprawiło , że od nowa dostrzegałem jej delikatne rysy , jasne włosy i uśmiech promieniejący na twarzy. Od nowa zakochiwałem się w jej zapachu , brzmieniu jej głosu i delikatności dotyku. Nie pamiętam jak potoczył się wieczór , jadłem jakieś smakołyki od Bożenki rozmawiałem z rodzicami i Dorotką o wszystkim . W pewnym momencie rodzice pozostawili nas samych w pokoju . Usiadłem na łóżku przy Dorotce. Położyłem jej na kolanach głowę i gdy ona głaskała mnie po włosach odpływałem w błogość . Rozmawialiśmy szeptem pocieszając się nawzajem , że to wszystko szybko mnie , że za kilkanaście dni przyjadę na święta na przepustkę.
Całowałem jej drżące usta , całowałem jej zmrużone powieki , zatapiałem w jej włosach swoje dłonie gdy dla odmiany to ona kładła głowę na moich kolanach. Ubrana w niebieską szyfonową koszulę nocną była moim pragnieniem jako kobieta i tak pozostało do ostatniego w życiu naszego pocałunku , do ostatniej bliskości na może dwa dni przed jej śmiercią.
