Przejdź do treści

wpis 0317 - Miturinka

Zawsze pamiętaj że Cię Kocham
Pomiń menu
22.VI.2021........."Dzień który się zdarzył" cz.2
 Po niedługiej chwili dojechaliśmy do Kołobrzegu . O tej porze dnia nie przypominał jeszcze miejscowości uzdrowiskowej , pełnej niemieckich emerytów , głośnych z natury i wyraźnie zadowolonych z losu jaki ich doświadczył jak przystało na "tych co przegrali wojnę". Tylko ludzie spieszący się do pracy i nigdzie niepracujący też "ludzie" z rzadka pojawiali się na ulicach.
 Omijając centrum miasta od wysokości molo wjechaliśmy ponownie na porządną ścieżkę rowerową. Jeszcze tylko na chwilę zjechaliśmy ze ścieżki żeby przejechać obok znanego nam hotelu "Doris" , gdzie od kilku lat przyjeżdżaliśmy odpocząć jesienią w rocznicę ślubu. Ciekawe czy w tym roku tu przyjedziemy , prognozy są raczej niekorzystne , wszyscy straszą kolejną falą COVID . Na końcu uliczki przy której leżał hotel skręciliśmy w stronę morza i po chwili zjechaliśmy na plaże w tym miejscu szeroką i łagodnie przechodzącą w park w którym skrywał się amfiteatr. Jakby szukając wspomnień na chwilkę przysiedliśmy na granicy plaży i parku.
- Pamiętasz jaka dwa lata temu ładna była pogoda na koniec września - zapytałem
- Pamiętam , dziwiliśmy się wtedy że słychać śpiew ptaków a nie krzyki mew - odpowiedziała uśmiechnięta
- Nawet im nie przeszkadzał ten koleś co trenował na gitarze w amfiteatrze , jakby grali jeden kawałek - przypomniałem sobie
- U nas nie ma tak że las łączy się z plażą bezpośrednio , zawsze po drodze są wydmy i dla tego nie słyszymy odgłosów lasu tylko szum morza i mewy - dodałem
 Jeszcze chwilę posiedzieliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Może z uwagi na bliskość miasta a może z uwagi na porę dnia ruch na ścieżce stał się większy. Sporo ludzi na rowerach , jacyś rolkarze i dużo pieszych . Po lewej stronie praktycznie cały czas morze było w zasięgu wzroku , a po prawej coraz to inne hotele , pensjonaty i domki kempingowe . Widać było ile pracy zostało włożone w poprowadzenie trasy w tak malowniczej okolicy . W pewnym momencie rozdzielała nawet plaże o dużego rozlewiska porośniętego roślinnością , które jeszcze niedawno ( z punktu widzenia geologii) było zatoką morską. Minęliśmy (na chwilę wjeżdżając) punkt widokowy i  na wysokości  lotniska oddaliliśmy się nieco od morza , a między nami a nim wyrosły zabudowania o charakterze militarnym. Ścieżka biegła tutaj w gęstym lesie co z jednej strony dawało schronienie przed słońcem ale niestety odebrało nam tę wyjątkowość spaceru po plaży. Po drodze minęliśmy skrajem Sianożęty i wbiliśmy się do Ustronia Morskiego , gdzie klucząc wąskimi ścieżkami , czasami nawet trudnymi do wypatrzenia doświadczyliśmy całej potęgi sezonu nad polskim morzem . Jazda na rowerze przypominała tutaj slalom pomiędzy wczasowiczami idącymi z każdego możliwego , w każdy do wyobrażenia sobie kierunek. Towarzyszyły im idące samopas dzieci i zdezorientowane przelęknione zwierzęta. Na to wszystko nakładała się klasyka , nie do rozszyfrowania gwar i zapach jedzenia . Magiczny splot okoliczności , który zimą budzi tęsknotę. Wśród tego tłumu i my zobaczyliśmy znajome miejsce gdzie w ubiegłym roku z Markiem i Ewą zjedliśmy późny obiad wracając z wycieczki do Sarbinowa. Było pysznie i dużo.
- Może jak będziemy wracali to zatrzymamy się na obiad w Ustroniance - zapytała Dorotka.
- Zobaczymy czy wystarczy nam czasu - odpowiedziałem w głębi serca też tego pragnąc.
Jeszcze tylko kilkanaście minut i wydostaliśmy się z tego mrowia ludzi . Kierowaliśmy się do Sarbinowa po drodze mijając Paprotno , gdzie o mało co nie doszło do kolizji z jakimś aroganckim kierowcą , który chcąc mi uświadomić że poruszam się po drodze z zakazem ruchu dla rowerzystów gwałtownie zajechał mi drogę tak że o mało co nie uderzyłem w tył jego samochodu. Taki to świat że życie czy zdrowie innych ma mniejszą wartość niż nasza racja.
 Za Paprotnem jeszcze raz zeszliśmy na plaże jako że dostęp był łatwy i jakby sam zapraszał do skorzystania. Tym razem ułożyliśmy się blisko wody , żeby skorzystać z chłodu bijącego od niej. Leżałem na boku i patrzyłem w stronę Sarbinowa ponad piersiami Dorotki.
Przez te dwie zdawałoby się kołyszące fale widziałem chyba kościół w Sarbinowie jakby wyłaniający się ze ściany lasu i posadowiony w wodzie. Dorotka znowu odpłynęła na co wskazywałoby powolne i miarowe falowania "fal". Przytuliłem twarz do jej odkrytego ramiona i poczułem tak charakterystyczny , kochany zapach skóry rozgrzanej przez słońce. Delikatnie ustami muskałem drobniutkie włoski na jej ręce , które czy to pod wpływem tego delikatnego dotyku czy też pod wpływem chłodnego powiewu od morza nastroszyły się jak pióropusze na szczytach gęsiej skórki. Jej ciało przebiegł delikatny dreszcz tak jakby nieoczekiwanie odrobina śniegu opadła na jej rozgrzane ciało . Spod uchylonych powiek spojrzała na moją nieogoloną twarz i uśmiechnęła się mimowolnie.

Wróć do spisu treści