Miałem sen, wciąż nie wiem, jak byś była gdzieś blisko a nie było w nim Ciebie. Otaczali mnie ludzie , każdego znałem z imienia lecz wszyscy byli tylko jakby rozmazanym obrazem widzianym przez zaparowaną szybę. Trwaliśmy w oczekiwaniu na ślub w nastrojach nie weselnych. Miejsca w którym byliśmy już nie ma , to sala pomiędzy ZUS-em i Czerwoną Torebką. Ktoś mnie obejmował i mówił do mnie "Maniek" , mówiłem do niej "ciociu" , czułem jej szczerość i jakby współczucie. Bez przejścia , bez ostrzeżenia nagle patrzyłem na ołtarz w kościele jak opera. Dwa piętra chóru. wspinałem się na najwyższy balkon , wszędzie pełno ludzi , ławki zajęte przez dzieci i ich matki , puste zasypane papierem z prezentów. Szukałem miejsca z którego mogłem zobaczyć ceremonię , zrzuciłem z krzeseł śmieci . Siedziałem a może stałem , gdzieś hen na dole widziałem dzieci , jakby wszystkie moje w jednej osobie , ktoś z nimi był kto nie wiem , sen prysł . Ten kościół to było miejsce , które już mi się kiedyś śniło , w innym czasie w innym kontekście ale znałem je , było jakby symbolem majestatycznej potęgi adorowanej przez nieprzebrane tłumy.
Ten trzeci król w prezencie nie dał złota , nie dał mirry ani kadzidła , sprawił tylko ból.
