16.XI.2022

Za płotem który odgradzał nas od wścibskich oczu świata, w ubitej ziemi pomiędzy ostami jak na nieprzyjaznym lądzie rosła róża. Nikt już nie pamięta jak się tam znalazła. Najprawdopodobniej została tam wyrzucona przy okazji modernizacji ogrodu i jakimś cudem zdołała się ukorzenić. Faktem było to że rosła. Chociaż raczej wegetowała, wytrwale rodząc kolejne liście by równie systematycznie gubić poprzednie. Wyglądała żałośnie ze swoimi prawie bezlistnymi gałązkami. Wielokrotnie maltretowana przez nieostrożnie rzucane przedmioty, a to po remoncie a to po sprzątaniu ogrodu. Była tak nikła w swojej zieloności, że wręcz zapomniana. Jednak jakaś tajemnicza moc raz w roku na progu jesieni wydawała z jej na wpół obumarłego istnienia kwiaty. W tym jałowym otoczeniu pojawiały się przepiękne róże w kolorze głębokiej czerwieni, pełne, mięsiste i nieskalane najmniejszą plamką. Na tę krótką chwilę stawała się królową kwiatów, budząc zachwyt nawet przygodnych przechodniów zatrzymujących się na chwilę. Widok był to niezwykły, na prawie bezlistnych łodygach rozkwitały kwiaty jakby malowane ręką mistrza. Te chwile przebudzenia trwały niezmiennie latami. Latami też trwała nasza nimi krótka fascynacja i myśl żeby przesadzić róże do ogrodu. Jak szybko przekwitała tak szybko popadała w zapomnienie na kolejny rok.
Przyszedł dla mnie czas bardzo trudny. Śmierć Dorotki ogołociła mnie z całej zieloności życia. Czułem się jak ta róża, zapomniany lecz uparcie trzymający się życia. Przyszedł też czas trudny dla mojej zapomnianej róży przywalonej bałaganem z remontowanego domu. Jakież było moje zdziwienie gdy uprzątając wielką stertę gruzu i innych śmieci odkopałem ją. Na jednej ocalałej gałązce na której zieleniły się może cztery liście, tkwił piękny pąk nierozkwitłego jeszcze kwiatu. Tym większe było moje zdziwienie gdy kilka dni później wśród opustoszałej, wygrabionej rzeczywistości jej pąk rozkwitł całą swoją urodą.
I nadszedł czas zmian dla mnie i mojej róży. Pięknie kwitnąca została dostrzeżona przez ciocię Małgośkę (wielką miłośniczkę uprawy róż). Na jej prośbę zrobiłem to co przez dwadzieścia lat po przekwitnięciu popadało w zapomnienie. Przesadziłem ją. Poinstruowany przez ciocię odkopałem ją szeroko dookoła i delikatnie podbierają ziemię próbowałam odsłonić korzenie. Kolejny raz róża okazała się wyjątkowa. Usunąłem prawie całą ziemię dookoła niej, a mimo to nie znalazłem korzeni. Kwiat wyrastał z grubego pnia wrastającego głęboko. Nie pozostawało mi nic innego jak kopać w dół. Na głębokości około 30-40 cm pień skręcał w stronę ogrodu i znikał pod podmurówką ogrodzenia. Nie miałem wyjścia, odciąłem go przy samej podmurówce i delikatnie z dużym zapasem ziemi podniosłem do góry. Dokładnie obejrzałem wydobytą bryłę, ale korzeni nie było. Ostrożnie palcami kruszyłem zlepioną ziemię, grudka po grudce zbliżając się do pnia. W pewnym momencie niespoista już ziemia odpadła od pnia i oczom moim ukazał się goły patyk z jednym delikatnym korzeniem zwisającym w dół oblepionym drobnymi grudkami pozostałej ziemi. Zwątpiłem, czy aby przypadkiem nie uśmierciłem rośliny. Nie mając wyboru, umieściłem to co udało mi się wydobyć w doniczce i delikatnie obsypałem warstwami żyznej ziemi ogrodowej. Przesadzoną różę, a raczej roślinę przypominającą cierń, bezlistną i kolczastą, postawiłem w ogrodzie w zacisznym, dobrze nasłonecznionym miejscu. Zgodnie z prośbą cioci podlewałem ją i opryskiwałem preparatem który mi dała raz w tygodniu. Czułem się jak bym podlewał kij od szczotki.
Jakie było moje zdziwienie gdy może po dwóch tygodniach zauważyłem w kilku miejscach na kolczastym patyku pąki. Wbrew oczekiwaniom, łamiąc prawa zdrowego rozsądku róża puszczała liście. W jeszcze większe osłupienie wprawiły mnie pąki kwiatów które pojawiły się może po kolejnym miesiącu. Róża zakwitła rodząc nie jeden ale trzy kwiaty, piękne jak zwykle. Uwierzyłem że przeżyje. Z nowym zapałem, walczyłem z pojawiającą się mszycą, z żółknięciem liści.
Róża przetrwała. Jest już późna jesień a ona ma zielone zdrowe liście i nierozkwitły pączek , a wszystko to z jałowego patyka z jednym marnym korzeniem.
Nim jeszcze ją przesadziłem, nim jeszcze było wiadomo że odżyje, ciocia nadała jej imię „Dorotka”.