Droga którą znam jak inwokację do Pana Tadeusza , którą mógł bym cytować na wyrywki ,dzisiaj pokazała swoją nową twarz . Pomimo pięknego pogodnego popołudnia nie miała tej przemiłej aury dobrego przyjaciela co to pocieszy i poklepie po zmęczonych plecach. Niby ta sama , urokliwa dziewiczym obliczem przyrody , pachnąca sosnowym igliwiem i jesiennym grzybowym oddechem , a jednak inna odległa i obca jak nieznajomy , który samą swoją pozą daje do zrozumienia że nas nie zauważa. Ze ściśniętym gardłem brnąłem coraz dalej w coraz to nowe a tak dobrze znane okolice. Nie widząc przed sobą ani za sobą mojej Kochanej , nieodłącznej towarzyszki wszystkich lat które pamiętam , czułem jak by serce miało mi się wyrwać z piersi by dać się stratować na drodze. Przerażony tą samotnością coraz szybciej uciekałem przed siebie , do zmęczenia do zmętnienia myśli , wpatrzony w czarną wstęgę drogi ustępującą pod kołami .Nie widząc tych pięknych krajobrazów , nie słysząc tętniącego w koło życia , raz tylko zatrzymałem się w miejscu gdzie zawsze łapaliśmy oddech. Tak pięknie i tak strasznie się zrobiło , zawołałem Twoje imię , zlękniony zwróciłem słowa do Boga . Poczułem samotność , poczułem pustkę odpowiedzi . Uciekłem , zatapiając się w wyczerpujący wysiłek. Teraz siedzę i piszę , choć wykąpany to wciąż czując na skórze ten lęk. Jak zmierzyć się z nadchodzącymi chwilami , które jeszcze bardziej nierozerwalnie są zrośnięte z Tobą. Boże nie dam rady , nie pomieszczę tego żalu , tan czas taki przez nas kochany , tak teraz okrutnie przerażający.
