Przejdź do treści

Wpis 0628 - Miturinka

Zawsze pamiętaj że Cię Kocham
Pomiń menu
05.IV.2022 ( Zanim poznałem Dorotkę - Babie doły 07.1982) Cz.3
 Kilka następnych dni pełne było jej spojrzeń i uśmiechów , dzisiaj wiem że przyjacielskich , ale wtedy tak jak w moim śnie wierzyłem że należą tylko do mnie. Wydawało się że wszystko mi sprzyja. Była piękna pogoda. Była dziewczyna którą może bardziej niż lubiłem i która mnie lubiła.
 Dni płynęły szybko . Pełne były jej spojrzeń i uśmiechów (dzisiaj wiem że przyjacielskich) , tak jak w moim śnie wierzyłem że należą tylko do mnie. Wydawało się że wszystko mi sprzyja. Była piękna pogoda. Była dziewczyna którą może bardziej niż lubiłem i która mnie lubiła.
 Organizacja naszego wypoczynku miała raczej nienachalny charakter . Może z częstotliwością tygodniową przybierała zorganizowaną formę . A to szkolenie z obsługi radiostacji ( w końcu był to obóz łączności ) , a to wieczorne pochody z wykorzystaniem umiejętności obsługi rzeczonej radiostacji nabytych podczas wspomnianego szkolenia . Wyjście do kina garnizonowego na film.
 Jedną z takich atrakcji był rejs statkiem na Hel i powrót przez półwysep autobusem. Z uwagi na dużą liczbę obozowiczów podzieleni zostaliśmy na dwie grup . Jedna miała popłynąć i wrócić autobusem a drugo pojechać autobusem i wrócić statkiem wycieczkowym. Ja ze swojej strony postarałem się trafić do grupy z Beatą , choć nie było to łatwe bo musiał dwa razy zamieniać przydział do grupy. Grupa w której w końcu wylądowałem miała na Hel pojechać autobusem i wrócić statkiem. Co prawda miałem ochotę na rejs powrotny , ale jak cień podążałem za Beatą , a Beata swoim zwyczajem stworzyła dla nas wariant trzeci wycieczki . Ponieważ w tamtych czasach półwysep helski był jeszcze w niepodzielnym władaniu LWP , można było go przemierzyć albo w zorganizowanej grupie , albo posiadając przepustkę upoważniającą do poruszania się po terenie zmilitaryzowanym. Plan Beaty był prosty , razem z grupą przekraczamy bramę pilnowaną przez wartowników , następnie wysiadamy w Chałupach (gdzie miała się spotkać ze znajomymi) i o ustalonej godzinie wsiadamy do naszego autobusu wracającego z Helu. Jak zaplanowała tak zrobiła ciągnąc mnie ze sobą.
 W Chałupach (o których do czasów piosenki pana Wodeckiego niewiele ludzi wiedziało poza kręgami zainteresowanymi naturyzmem) odnaleźliśmy grupę kolegów i koleżanek z wrocławskiego plastyka (do którego chodziła również Beata) na plaży. Pogoda tego dnia była typowo nadbałtycka , słońce z za chmur (więcej chmur niż słońca) i chłodny wiatr od strony morza. Grupa najwytrwalszych kolegów Beaty tkwiąca w bezruchu na piasku (być może po męczącym wieczorze i nocy) zajmowała się czynnościami nie wymagającymi wysiłku , to znaczy nic nie robieniem . Po krótkim przywitaniu , dołączyliśmy do trzech chłopaków (chyba najbardziej z Beatą zaprzyjaźnionych ) , którzy nadludzkim (jak na nich) wysiłkiem wygrzebali w pisaku lej głębokości może pół metra i średnicy nie większej niż metr . Po tak męczącej czynności zalegali na pisaku z głowami wysuniętymi poza krawędź leja i pilnie coś obserwowali. Zainteresowany usiadłem przy nich (co zostało ostentacyjnie zignorowane) i ku ich niezadowoleniu zajrzałem do leja chcąc odgadnąć przyczynę tak wielkiego zainteresowania. W pierwszej chwili pomyślałem , robią sobie jaja i patrzą w pustą dziurę chcąc znaleźć naiwnych którzy będą się w tym doszukiwali jakiego artystycznego happeningu . Przeceniłem jednak kreatywność , prawie na samym dole po stromych ścianach leju z mozołem wspinała się duża leśna mrówka co jakiś czas zsuwając się na dno. Gdy udawało się jej wspiąć ponad dopuszczalną wysokość , zgromadzeni panowie na zmianę dmuchali w ścianę leja tuż ponad mrówką , która razem z lawiną ziarenek piasku zsuwała się ponownie na dno. Brakował tylko w tym leju Sarlacca.
 Nie podzielając ich fascynacji i nie odnajdując się gronie znajomych Beaty , pomaszerowałem brzegiem morza w przypadkowym kierunkiem. Idąc zastanawiałem się w czym jestem taki wyjątkowy , że mając takich nietuzinkowych znajomych Beata poświęcała mi uwagę. Gotów już byłem odejść plażą tak daleko że nie było ich widać , gdy nagle z zadumy wyrwał mnie niecodzienny widok. Tuż przede mną przeszedł niemłody już pan całkiem goły. Wyglądało to karykaturalnie , między nogami majtało mu się sine w kolorze przyrodzenie obijając się o prawie granatowy worek mosznowy. Stanąłem jak wryty. Zdezorientowany tym widokiem rozejrzałem się ostentacyjnie dokoła , a widok który ujrzałem spowodował że pierwszy i chyba jedyny raz w życiu spacerowałem po plaży do tyłu. Tak to osławiona po latach plaża nudystów uchroniła mnie przed banicją i niechybnymi kłopotami , jako że na pewno spóźnił bym się na powrotny autobus.
 Z ciężkim sercem wracałem do porzuconej artystycznej bohemy . Na szczęście i Beatę chyba zmęczyła ta ekscentryczna atmosfera , bo szła samotnie w moją stronę co jakiś czas pochylając się i podnosząc coś z wody , co po krótkim namyśle rzucała z powrotem do wody . Gdy się spotkaliśmy trzymała w dłoni niewielki kawałek wygładzonego przez wodę drewna i podając mi je powiedział
- To dla ciebie . Przyjrzyj się dokładnie.

To mówić tak obróciła drewienko w mojej dłoni , że istotnie oczom moim ukazała się sylwetka niby to orła ze skrzydłami przylegającymi do tułowia i nie czekając na moją odpowiedź dodała
- Jest jak ty. Wie że ma skrzydła , czuje że potrafił by polecieć , ale jeszcze nie nadszedł dla niego czas lotu.
Nie byłem w znaleźć w sobie żadnej sensownej odpowiedzi a nie chcą palnąć głupstwa , skinąłem tylko głową i zatrzymałem ten symbol zapowiedzi zmian . Jest do dzisiaj w moim pudle z pamiątkami młodości.
 Im bliżej końca tym bardziej rosło we mnie poczucie że coś mija bezpowrotnie. Byłem coraz smutniejszy i to mnie złościło. Zamiast cieszyć się do ostatniej chwili z obecności Beaty , rozdrapywałem rany przyszłej samotności , która jak widmo zjawiała się w moich myślach. Czułem że muszę powiedzieć coś ważnego. Wiedziałem że muszę jej powiedzieć coś czego nie mówiłem jeszcze nikomu. Niestety nie miałem bladego pojęcia jak komuś wyznać , że jego obecność jest jak wieczne święta , jak słoneczny dzień , jak niekończące się wakacje i jak tysiąc innych rzeczy które sprawiają że jest pięknie. Nie miałem pojęcia jak powiedzieć komuś że się go po prostu tak banalnie , tak zwyczajnie kocha. Niestety Beata chyba czuła jaka we mnie wre burza i nie chciała mi tego ułatwić. Pomimo całej swojej dorosłości i tego że potrafiła wyciągnąć ze mnie każde słowo jakie powinienem w danej chwili powiedzieć , robiła wszystko żeby nie dać mi okazji na wyznanie. Myślę że rozumiała jak nikłe szanse ma takie wakacyjne uczucie i nie chciała robić mi złudzeń. Dzisiaj wiem też że nie byłem tylko jej obozowym kaprysem , ale też i nie miłością.
 Tak bijąc się z własnymi myślami , siedziałem w autobusie , który tocząc się leśną drogą wiózł nas nad jezioro w piękny pogodny poranek. Są miejsca w naszym kraju które swoim urokiem mogą konkurować z tropikalnymi plażami pełnymi palm i błękitnej wody. Jeżeli ktoś nie wierzy to niech odwiedzi w pogodny dzień jezioro skryte wśród lasów. Jezioro tak czyste że widać dno zatopione pod kilkumetrową warstwą wody. Jezioro które chłodzi nawet w najbardziej upalny dzień a szum otaczających go drzew koi nawet najbardziej skołatane nerwy.
 Nad takie jezioro dotarliśmy w ten pogodny letni poranek. Nie było jeszcze godziny dziewiątej tak więc plaża była prawie pusta. Pomimo tego iż bardzo lubię pływać nie miałem ochoty na kąpiel. Nie mogąc otrząsnąć się z przygnębienia powędrowałem na koniec pomostu i mocząc nogi w kryształowej , chłodnej wodzie siedziałem patrząc jak na dnie wśród roślin uwijają się drobne rybki szukając pokarmu. Mogłem przecież jak inni cieszyć się beztroską zabawą. Niestety nie umiałem znaleźć w sobie pocieszenia które wzięło by górę nad smutkiem który mnie ogarniał gdy tylko pomyślałem że za dwa dni skończy się mój sen o szczęściu. Jak znam życie przesiedział bym na tym pomoście cały dzień. Musiałem jednak wyglądać bardzo tragicznie bo Beata dała za wygraną i usiadła z westchnieniem obok , trącając mnie lekko łokciem:
- Mam ja się z tobą. Nie możesz myśleć że świat się kończy bo za dwa dni pojedziemy każde w inną stronę – powiedziała odgadując moje myśli – Mariusz , przecież jesteśmy dorośli i jeśli tylko będziemy chcieli to możemy się w każdej chwili spotkać. Ja na pewno będę do ciebie pisała i jeżeli tylko będziesz chciał czytać to tak jak byśmy ze sobą rozmawiali - to mówiąc wstała i poszła w kierunku kilku daczy położonych nieopodal na wzniesieniu wśród drzew.
- Zaczekaj!– poderwałem się i pobiegłem za nią.
 Chciałem jej powiedzieć , że nie umiem sobie dać z tym rady , że nie można zmienić tego wszystkiego , tego że jest szkoła że mieszkamy w innych miastach że nie będę mógł widywać jej codziennie. Że nie będę słyszał jej głosu , że to takie nieludzkie.
 Beata usiadła na powalonym pniu drzewa i zerwaną słomką rysowała na opalonej nodze kwiaty. Nic nie mówiła , odchyliła tylko głowę lekko do tyłu a jasne włosy falami opadały jej na opalone plecy. Już chciałem powiedzieć to najważniejsze słowo , ale nim zdążyłem otworzyć usta stała się rzecz dziwna. Na nodze Beaty usiadła bezgłośnie ważka wielkości dłoni i nie lękając się naszej obecności zastygła w bezruchu. Obydwoje patrzyliśmy na nią jak zaklęci i baliśmy się wykonać choćby najdrobniejszy ruch. Ważka tak jak nagle pojawiła się z nikąd tak nagle do nikąd odleciała. Zrozumiałem , że nie muszę się martwić o przyszłość. Wszystko jest możliwe.
 Ona chyba też zrozumiała przesłanie tej chwili uśmiechając się do mnie. Jakoś lekko zrobiło mi się na sercu. Do końca pobytu nad jeziorem nic nie zburzyło mojego spokoju. I choć nie siedzieliśmy razem na piasku , nie trzymaliśmy się za ręce i nie rozmawialiśmy ze sobą więcej tego dnia , zły urok prysnął a magia tamtego miejsca wzięła górę nad obawami.
 Dwa dni później Beata i wrocławiacy odprowadzali nas do Gdyni na powrotny pociąg. Beata jakby na pożegnanie idąc obok mnie złapała mnie za rękę. Nic nie mówiąc szliśmy , jakbyśmy byli od dawna parą. Nie czułem smutku wiedziałem że jeszcze się spotkamy. Wiedziałem że zrobię wszystko żebyśmy się spotkali...
  Pamiętam jeszcze jak usiedliśmy niewielką grupą przyjaciół na schodach dworca PKP. Beata usiadła nade mną i targając mnie po czuprynie uśmiechnęła się do jedynego zdjęcia jakie zrobiono nam razem. Niestety nie zachowało się do dzisiejszego dnia i żyje tylko w mojej pamięci.
 Zanim pociąg odjechał Beata na pożegnanie powiedziała:
- Do zobaczenia smutasie.
 Koledzy stanęli na wysokości zadania nie żartując sobie ze mnie na swój sposób. Z ich oczu patrzył raczej podziw , co prawda nie wiem tak do końca czego dotyczył ale połaskotał mnie mile po męskiej dumie.
 Kończąc tę część wspomnień o Beacie dodam , że po latach odnalazłem w internecie wzmiankę na temat naszego obozu. Oto ona:
" Wyróżnienie najlepszego ośrodka wypoczynkowego w WP. W konkursie Najlepszy Ośrodek Wypoczynkowy, piękny sukces odnotował obóz młodzieżowy Korpusu w GDYNI – BABIE DOŁY, który zajął I m. w WP wśród odpowiedników. Komendantem obozu od 1978 r. był ppłk rez. Tadeusz BADOWSKI".
 Osobiście nie wiem jakimi kryteriami kierowali się oceniający , ale widocznie docenili niewątpliwe zalety "Młodzieżowego Obozu", jakimi były : palarnia (dla nieletnich) , alkohol (dla nieletnich) , relacje damsko męskie (dla nieletnich) . Myślę że nawet w dzisiejszych czasach byłby to na wskroś postępowy "Obóz Młodzieżowy".
Wróć do spisu treści