21-24.IX.2012 (Srebrne Gody cz.2)
Sobota, dzień wolny, a jeszcze pamiętam kiedy soboty były szare jak zwykły dzień. Dopiero połowa lat siedemdziesiątych przyniosła przedsmak wolnych weekendów. Piątkowe Studio Gama i sobotnie Studio 2 pokazały nam że można mieć co tydzień namiastkę urlopu. Pamiętam jakie wrażenie wywarł na mnie serial nadawany w sobotę „Kosmos 1999”. W zasadzie ten serial i książka Lema „Niezwyciężony” rozbudziły moje zamiłowanie do SF.
Sobotni poranek, my rozleniwieni w rozkopanej pościeli z uruchomionym telewizorem na przebudzenie prowadziliśmy naradę, czy zejść na śniadanie czy pieleszyć się dalej.
-Idziemy na śniadanie? – zapytałem przecierając ręką oczy.
-Daj mi jeszcze chwilkę – odpowiedziała błagalnie Dorotka.
-Kotuś, za bardzo to nie mamy czasu. Musisz jeszcze zrobić się na bóstwo. A jak dłużej poleżymy to „wermacht” zje nam wszystkie smakołyki – nalegałem.
Chcąc nie chcą wstała i założywszy hotelowy szlafrok powędrowała do łazienki. Za to ją kochałem, nigdy nie wychodziła z domu bez względu na porę dnia i roku, bez względu na to czy na chwilkę do sklepu czy do mamy, nie zrobiwszy delikatnego makijażu. Jeszcze tylko zapachniało rozpylone na ubranie „Si” i już jechaliśmy windą na posiłek.
Po śniadaniu ruszyliśmy na krótki spacer na stare miasto i drobne zakupy w Biedronce. Na dzień dzisiejszy zaplanowaliśmy wyjazd do Oliwy i na „Monciak”. Około południa do tarliśmy do archikatedry oliwskiej. W oczekiwaniu na prezentację organów przycupnęliśmy na ławce po środku kościoła.
-Prawda że piękne – powiedziałem szeptem.
Dorotka tylko skinęła głową na znak że też tak myśli. Swoim zwyczajem obserwowałem zebranych w nawie głównej. Byli to w większości starsi ludzie i miałem wrażenie że nieobyci z kościołem jako miejscem wiary. Po ich zachowaniu wnioskowałem że czują się tutaj jak w kinie. Jedli kanapki i głośno rozmawiali w swoim chropawym języku.
Prezentacja organów składała się z wyeksponowania dźwięku jak i walorów estetycznych instrumentu. Jeżeli chodzi o wygląd to są to najpiękniejsze organy jakie widziałem, natomiast jeżeli chodzi o dźwięk to niestety sama budowla nie jest wstanie dobrze rezonować z instrumentem, zwłaszcza brakuje mi wibracji niskich dźwięków, które jak sądzę dziesięciometrowe piszczałki wytwarzają. Takiego efektu doświadczyłem w katedrze w Żywcu, gdzie o wiele uboższe organy zamknięte w mniejszej, bardziej zwartej bryle kościoła wprawiły w drżenie całe moje ciało. Natomiast ilość głosów i skala rejestrów jest powalająca. Tego brakuje na pewno większości znanym mi instrumentom w tym gryfickim organom.
Po koncercie przenieśliśmy się do „Sopot” jak mówiło się dawniej. Być w trójmieście i nie odwiedzić Monciaka i molo to jak być w Częstochowie i nie pokłonić się jasnogórskiej Pani.
Sądząc po ilości turystów, większość z nich wychodziła z tego samego założenia. O ile Oliwa była taką jak ją zapamiętałem z pierwszej wizyty, to molo uległo diametralnej zmianie. Wypiękniało a nowa marina i zacumowane w niej jachty tylko dodały jej sznytu.
Trzymając się za ręce niespiesznie wędrowaliśmy wśród międzynarodowego tłumu. Cisza jaka panowała w naszych myślach była przeciwieństwem gwaru który nas otaczał, a jednak współgrały. Może właśnie w takim tłumie łatwiej jest nam się wyciszyć.
-Napijemy się kawy? – zapytałem.
-A widziałeś ile tutaj kosztuje kawa? – skrzywiła się Dorotka.
-Oj, pozwól sobie na chwilę luksusu – nalegałem.
-Wolę zjeść lody – opierała się.
-OK, niech będą lody – ustąpiłem
Na chwilę przysiedliśmy na ławce na przeciwko mariny i w milczeniu chrupaliśmy zmrożoną czekoladę pokrywającą śmietankowe wnętrze lodów.
-Ludzie to muszą być bogaci – przerwałem milczenie spoglądając na motorowe łodzie i jachty kołyszące się delikatnie przy pomostach.
-Ciekawe na czym się można tak dorobić? – odpowiedziała Dorotka.
-Mafia i politycy – zażartowałem.
-A ja bym tam nie wydała na to pieniędzy – odpowiedziała.
-No chyba żeby żeglować w ciepłym klimacie i być rentierem – rozmarzyłem się.
-To już prędzej czeka nas bycie rencistą i cieszenie się tym co mamy – uśmiechnęła się wodząc oczami po horyzoncie.
Niestety czas nas obligował i musieliśmy wrócić do hotelu na obiadokolację. Zrobiłem jeszcze kilka zdjęć Dorotce. O dziwo nie protestowała jak zwykle, żebym nie robił bo brzydko wyjdzie. Uśmiechała się tylko nieznacznie co świadczyło o tym że dobrzy jej się spędza ten czas.
Nie powiem żeby zjedzenie dwóch posiłków na raz było łatwym wyzwaniem, ale podołaliśmy, to znaczy opchaliśmy się obiadem, deserem, kolacją i na dobicie jeszcze raz deserem. Ostatni łyk kawy już nie miał gdzie się podziać. Zmęczeni i najedzeni pod pokrywkę powędrowaliśmy do pokoju na kolejny wieczór wylegiwania się przed telewizorem i nie tylko, parafrazując powiedzenie „Jak mąż żony nie ruszy, będzie siedział w piekle po uszy”, uniknęliśmy tego wieczoru po raz kolejny piekła.
