To był zwykły dzień jakich wiele musiałem spędzić nie tam gdzie chciałem i w których musiałem robić nie to co bym chciał robić. Jednym słowem dla powołanego do służby wojskowej na dwa lata przestało istnieć moje normalne życie. Jak już wspomniałem to był zwykły dzień , dokładnej daty nie pamiętam ale musiała to być wczesna jesień ponieważ popołudnie jakie chcę opisać było jeszcze widne. Od jakiegoś tygodnia siedziałem na sprzęcie w Pruszczu to znaczy miałem dyżur jako elektromechanik w zestawie naprowadzania rakiet. Szczerze się przyznam że te dyżury jako nieliczną w wojsku rzecz tolerowałem ponieważ zapewniały mi pewien komfort spokoju i zajęcia trochę przypominające pracę mającą namiastki czegoś racjonalnego. Jedyne czego nie lubiłem to odosobnienie wypisz wymaluj jak moja aktualna kwarantanna . Spędzanie całego czasu w małym pomieszczeniu i brak możliwości wyjścia dalej niż do ogrodzenia były trudne do wytrzymania zwłaszcza że nie mogłem po południu po zajęciach wymknąć się na "stałkę" do Dorotki . To jedyna rzecz którą górowało nad dyżurem stacjonowanie w koszarach , gdzie jak tylko kadra wracała po pracy do domu , mogłem niezauważony ulicą Fabryczną i Litewską przemknąć się do mojej Dorotki. W Pruszczu pozostawała mi tylko możliwość zadzwonienia z pomocą kolegi z centrali do najlepszej koleżanki Dorotki Anki i dzięki jej uprzejmości porozmawiania z Dorotką przez telefon. Dla wyjaśnienia dodam że w tamtych czasach mało kto miał telefon w domu , na szczęście tak się złożyło , że Anka mieszkała w sąsiedniej klatce i czy ona czy jej mama nie robiły problemów żeby zawołać Dorotkę (za co jestem im wdzięczny).
Wracając jednak do dnia który chciałem wspomnieć zapowiadało się kolejne popołudnie spędzone na nudnym dyżurze , gdy nagle wywołał mnie do telefonu kolega z KBU.
-Melduję się , kapral Brzozowski - powiedziałem odruchowo.
-To bardzo dobrze że się kapralu meldujecie - usłyszałem w słuchawce znajomy głos.
-Za pół godziny stawicie się przy bramie - dodał tato którego głos rozpoznałem.
-Tak jest panie pułkowniku - odpowiedziałem
-Sławek zostaniesz chwilę sam na kabinie? - poprosiłem górala
-Muszę sprawdzić co ojciec chce ode mnie - dodałem
Moja prośba była raczej retoryczna , bo niby gdzie mógł by pójść Sławek.
Założyłem czapkę i niespiesznie poczłapałem do bramy. Przekonany że rodzice chcieli mi coś podrzucić do jedzenia martwiąc się że całkiem wychudnę na tym wojskowy wikcie.
Z daleka już zauważyłem naszego Fiata , który stał w pewnej odległości od bramy w miejscu gdzie w ogrodzeniu była niewielka luka , przez którą można było się prześlizgnąć. Gdy zbliżyłem się nieco zauważyłem że w samochodzie jest jeszcze ktoś. Serce zabiło mi mocniej. Jako że rozpoznałem Dorotkę dalszą drogę pokonałem biegiem. Bezszelestnie przecisnąłem się luką w ogrodzeniu i cichutko zamykając drzwi usadowiłem się na tylnej kanapie Fiata obok mojej Dorotki.
-Ale mi zrobiłaś niespodziankę , tak się cieszę bo jeszcze pewnie z tydzień przyjdzie mi tu siedzieć - mówiłem szeptem przerywanym pocałunkami.
- Twój tato dzisiaj do mnie zadzwonił i powiedział że jak będę miała czas to podjedziemy do ciebie do Pruszcza - powiedziała Dorotka
-Mama jak się dowiedziała to szybko zrobiła pierogi ruskie - dodała wyjmując z torby miseczkę zawiniętą w ręcznik
-Jedz puki jeszcze są ciepłe - powiedziała podając mi widelec.
W oka mgnieniu rozprawiłem się z pierogami i pozbywszy się naczyń przytuliłem się do Dorotki , która w między czasie opowiadała mi o szkole i innych codziennych sprawach. Zawsze lubiłem te jej prozaiczne codzienne opowieści. Mogliśmy nacieszyć się sobą jako że tato zostawił nas samych i poszedł w stronę bramy porozmawiać z dyżurnym.
Ach jak Ona wyglądała , choć ubrana codziennie to dla mnie cud , Ach jak Ona pachniała , jak wszystkie kwiaty świata . Jej radosna twarz , jej ciepłe słowa i bliskość bijącego serca były tak nieprawdopodobnie kochane . Do dzisiaj widzę ją oczami wyobraźni , widzę ją taką radosną.
Żal tylko ściska serce że taka niezwykła niespodzianka już nigdy więcej mi się nie przydarzy .
