Przejdź do treści

Wpis 0576 - Miturinka

Zawsze pamiętaj że Cię Kocham
Pomiń menu
19.I.2022 (Pierwszy pocałunek 22.II.1985) cz.I
 Nie pamiętam już dokładnie jaka była przyczyna naszego (mojego i Januarego) tak niefortunnego wyjazdu ze Szczecina. Zapakowaliśmy się w pierwszy odjeżdżający  w stronę Gryfic autobus. Chcieliśmy za wszelką cenę dotrzeć do Gryfic przed osiemnastą . Ech , mieliśmy niezłą fantazję , zapakowaliśmy się do autobusu do Golczewa , który miał być na miejscu około szesnastej i jak nam się wtedy wydawało z Golczewa bez problemu złapiemy jakiś inny autobus albo stopa  i około siedemnastej będziemy w Gryficach. O godzinie osiemnastej miała być msza (chyba z bierzmowaniem) na której miał być biskup . Obiecaliśmy dziewczynom ze scholi że przyjedziemy i wspomożemy ich grą na gitarach.
 Takie były plany , ale nic z naszych oczekiwań się nie sprawdziło. Do Golczewa dotarliśmy zgodnie z planem i tu czekało nas niemiłe rozczarowanie , jedyny a zarazem ostatni autobus do Gryfic odjeżdżał o godzinie osiemnastej trzydzieści co w żadnym razie nas nie satysfakcjonowało. Zdeterminowani i zobligowani obietnicą postanowiliśmy ruszyć w stronę Gryfic na piechotę i choćby siłą zatrzymać jakiś pojazd jadący w stronę Gryfic . Jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy.
 Wyobraźcie sobie dwóch chłopaków objuczonych plecakami i gitarami idących środkiem zaśnieżonej drogi w temperaturze poniżej -10 stopni Celsiusa . Dzisiaj kiedy mam za sobą 10 lat biegania i zrobiony półmaraton , który długością odpowiadał by dystansowi jaki mieliśmy pokonać , widzę jak karkołomne postawiliśmy sobie wyzwanie . Nawet gdybym dzisiaj próbował odpowiednio przygotowany o stosownej porze roku zrobić ten dystans w dwie godziny , nie dał bym rady.
 Początkowo szło nam się całkiem żwawo , co prawda z powodu śniegu zalegającego na drodze było bardzo ślisko mieliśmy niejakie kłopoty z równowagą to biel tego śniegu ratowała nam dupska. Jako że noc była pochmurna jedyne światło to był ten nikły blask bili śniegu. Nie pamiętam jak minęliśmy Unibórz , Ościęcin , Jasiel i Kołomąć , pamiętam tylko że najtrudniej było brnąć pod górkę a trasa ta jest nieco pofalowana. Gdzieś koło Kołomącia zaczął na domiar złego sypać śnieg. W innych okolicznościach był bym zachwycony tą sanną . Było jak w bajce , jak w świątecznych filmach. Czasy niestety były takie , że dzisiaj dość ruchliwa trasa wtedy była zapomniana przez kierowców . Przez prawie trzy godziny nie przejechał żaden samochód.
 Jaka była nasza radość gdy za skrzyżowaniem z drogą na Trzygłów ujrzeliśmy za sobą światła jakiegoś pojazdu wyłaniającego się z za góry od strony Kołomącia . Zdesperowani stanęliśmy na środku skrzyżowania i gotowi byliśmy położyć się na drodze , byle tylko kierowca nas zabrał. Dzisiaj gdy sobie to przypominam to kręcę głową i uśmiech pojawia mi się na twarzy . Zgadnijcie proszę jaki pojazd zbliżał się do nas oświetlając drogę i nas stojących przy poboczu (zdrowy rozsądek kazał nam w taką pogodę zejść ze skrzyżowania) , ni mniej ni więcej tylo był to autobus PKS na który nie chcieliśmy czekać w Golczewie. Kierowca autobusu nawet nie chciał skasować nas za bilety , taki opłakany obraz sobą prezentowaliśmy i mam wrażenie że widział nas odchodzących z dworca PKS w Golczewie bo tylko popatrzył na nas i się uśmiechnął . Zmęczeni tą katorżniczą drogą z obolałymi stopami , oblepieni śniegiem jak bałwany z naszymi zasypanymi śniegiem tobołkami nawet nie usiedliśmy skołowani dokumentnie zaistniałą sytuacją.
 Cisza panowała między nami w czasie tej krótkiej podróży i w czasie drogi z dworca PKS  do kościoła. Tak więc dotarliśmy pod kościół po dziewiętnastej . Z kościoła wychodziły już tłumy ludzi po skończonej mszy , a my jak dwa bałwany (barany) staliśmy po drugiej stronie ulicy przy zakładzie fotograficznym . Gdy już tłum się przerzedził ruszyliśmy w stronę zakrystii gdzie stała nasza schola. Dziewczyny rozmawiały podniesionymi głosami z których emanowała radość ( jak się później okazało z udanego występu przed biskupem , za który im podziękował osobiście) . Ta ich radość nas zdeprymowała na tyle mocno że nie odważyliśmy się do nich podejść. Niestety zrobiło się na tyle pusto że nie sposób było nas nie zauważyć. Nie chciała "góra przyjść do Mahometa"  to dziewczyny podeszły do nas i jedna przez drugą opowiadały co nas minęło . Nie przyznaliśmy się do naszej absurdalnej eskapady i w trochę markotnych nastrojach upewniliśmy się że nasze ( moje, Dorotki , Januarego i Bredzi ) spotkanie jutro po południu dojdzie do skutku. Trochę tym pocieszeni odprowadziliśmy dziewczyny do domu i z nadzieją na jutrzejsze spotkanie poczłapaliśmy każdy w swoją stronę,
Wróć do spisu treści