Przejdź do treści

Wpis 0590 - Miturinka

Zawsze pamiętaj że Cię Kocham
Pomiń menu
09.II.2022 (Witnica Chojeńska 25.I-31.I.1985 cz.II odwiedziny)
 Trzy tygodnie jakie minęły od przeprowadzki nie zapisały się w mojej pamięci żadnym , nawet nikłym śladem. Pamiętam dopiero nasz wyjazd ze Szczecińskiego dworca PKS , wczesnym popołudniem . Ja i January z plecakami i gitarami na raczej opustoszałym dworcu , bądź to z powodu pory dnia , bądź też typowo szczecińskiej pogody , wilgotnej i chmurnej pomimo panującej zimy . Chwilę później usadowieni na tylnej kanapie autobusu z tobołkami wepchniętymi pod kolana , przez lekko zaszronione okna oglądający opuszczany bez żalu Szczecin. Ani ja , ani też January nie oczekiwaliśmy od wypadu do Tadeusza zbyt wiele . Po wakacyjnym pobycie w Bukowinie , raczej blado wyglądały ferie na głębokiej zachodniopomorskiej prowincji. Ot po prostu takie przedłużone spotkanie scholi z noclegiem. Po niespełna dwóch godzinach monotonnej podróży , wysiedliśmy w Witnicy koło kościoła i skierowaliśmy się w stronę plebani obserwowani przez nielicznych tubylców z wyraźnym zaciekawieniem. Jak sądzę zdążyli już poznać księdza Tadeusza i jak domniemam on zapowiedział wizytę swojej zaprzyjaźnionej scholi , czym można było tłumaczyć ich ciekawość.
 Dość szybko dotarliśmy do leżącej na uboczu plebani i ku naszemu zadowoleniu okazało się że dziewczyny już były na miejscu , a smutna jak ją zapamiętaliśmy z przeprowadzki plebania teraz nabrała kolorów i rozbrzmiewała ich wesołymi głosami , którym z wyraźnym zadowoleniem wtórował pufający i zanoszący się co chwilę śmiechem Tadeusz.
 Do naszej dyspozycji dostaliśmy duży salon z pokaźnym stołem i stojącym w rogu drewnianym zegarem . Salon miał być naszym pokojem dziennym , jadalnią i sypialnią.
-Pchy - pufnął na nasz widok Tadeusz
-No chłopaki rozgrzejcie się herbatą i do roboty . O osiemnastej mamy mszę i trzeba pośpiewać - dodał.
Jak się okazało dziewczyny już wybrały repertuar i czekały tylko na nas. Chwilę jednak musiały jeszcze wytrzymać jako że gitary nie stroiły z powodu zimna w jakim odbyły drogę. Nie dały nam jednak spokojnie dopić herbaty i acapella rozpoczęły próbę. Chcąc nie chcąc musieliśmy do nich dołączyć i na fałszujących gitarach (które musieliśmy co chwilę dostrajać) akompaniowaliśmy rozweselonym tym brzdąkaniem dziewczynom . Próba naszej scholi jak zwykle miała raczej charakter spotkania przyjaciółek niż ciężkiej i rzetelnej pracy.
 Dopiero teraz , kiedy moje ciało się rozgrzało a umysł włączył w panującą atmosferę , mogłem spokojnie rozejrzeć się po pokoju. Dziewczyny w składzie którego dokładnie nie pamiętam , w rogu pokoju ułożone nasze plecaki i śpiwory , na wieszaku i na krzesłach porozwieszane kurtki . Przez durze okna wpadające wieczorne światło zbyt słabe , doświetlane pokaźnym żyrandolem ze szklanych sopli wiszącym majestatycznie nad dębowym stołem.
 Ciepło i miło się zrobiło . Uspokajający dziewczęcy gwar przetykany śpiewaniem i śmiechem , a przede wszystkim , Ona śmiało spoglądająca na mnie , uśmiechnięta ze swoimi spiętymi w kitkę jasnymi falującymi włosami. Nie mogłem oderwać od niej wzroku , co jak zauważyłem sprawiało jej przyjemność . Żeby nie wydać się przesadnie nachalnym co jakiś czas mrużyłem powieki i zapadałem się w błogość mocniej bijącego serca . Nie byłem w stanie oprzeć się tej magii . Wróciły ze zdwojoną siłą uczucia jakie rozpaliły się we mnie w Bukowinie i które z takim trudem musiałem wytłumić po powrocie z wakacji , kiedy to Ona odsunęła mnie na przyjacielski dystans. Bałem się że to tylko tu i teraz , że po powrocie znowu będę tylko kolegą . Bałem się tego ale i pożądałem tych chwil , choćby później miało boleć , choćby tęsknota i żal miały mi rozerwać serce. Jak nałogowiec piłem pełną duszą każde jej spojrzenie , każdy jej gest , każdy jej oddech . To wtedy szalona miłość wyryła w moim sercu jej obraz a imię jej stało się lekarstwem na problemy. Tak mogę to przyznać , bezapelacyjnie uświęciłem ją wtedy w swoim życiu , wyniosłem na piedestał gdzie pozostała do dzisiaj.
 Mógłbym bez końca tak siedzieć i patrzeć na nią , jednak nie było mi to dane . Do pokoju wparował Tadeusz i przez zadyszkę rzucił w naszą stronę.
-W drogę kochani , w drogę . Gitary do bagażnika , dziewczyny ze mną do samochodu a chłopaki per-pedes do kościoła.
 Zapanował mały harmider i o mało co nie wsadziliśmy do bagażnika zamiast gitar Januarego , na szczęście był na to za durzy. Dziewczyny z Tadeuszem w liczbie przekraczającej ładowność samochodu pojechały do kościoła a my spiesznie podążyliśmy w ich ślady , jak to zasugerował Tadeusz , na piechotę.
 Kościół typowy dla obiektów sakralnych przejętych po wojnie od protestantów , miejscami pamiętający lata świetności , a miejscami obnażający piętno PRL-u . Frekwencja dość słaba , zdawała się być konsekwencją usilnych starań poprzedniego proboszcza . Kilka starszych pań (zapewne filar tutejszej religijnej wspólnoty) i może dwie młode dziewczynki , wyraźnie zainteresowane naszą grupą. Na szczęście okazało się , że ocalało kilku ( w liczbie trzech) ministrantów i nie musieliśmy oprócz grania wspierać Tadeusza czytaniem i asystą.
 Tadeusz swoim zwyczajem , trochę chaotycznie przeplatał podniosłą celebrę z wesołymi wstawkami a to pod naszym adresem , a to pod adresem obecnych parafianek i nie obecnych parafianów. Wsparty naszym śpiewaniem , wydawał się być bardzo zadowolony , czego wyraz dał szumnie zapowiadając że jeszcze kilka dni msze będą miały dzięki nam świąteczną oprawę.
 W drogę powrotną ruszyliśmy wszyscy na piechotę , zostawiając gitary w samochodzie jako że Tadeusz miał jeszcze jakieś sprawy do załatwienia. Ostatnia latarnia tuż przy kościele rzucała za naszymi plecami nikły blask wskazując nam na śniegu kierunek powrotny. W panującym półmroku powoli zacierały się nasze sylwetki i twarze i tylko głosy pozwalały zorientować się kto gdzie jest . Pomimo tego mroku wiedziałem , że tuż przy mnie przytulając się nieomal idzie Dorotka. Jako że nikt tego nie mógł zauważyć , delikatnie chwyciłem ją za dłoń  i ku mojemu zadowoleniu poczułem że odwzajemniła mi mocno ściskając moją. Tak to niezauważeni przez nikogo szliśmy trzymając się za dłonie pierwszy raz.
 Po kolacji zjedzonej pospołu z Tadeuszem i długich chwilach wspomnień przyszedł czas spoczynku. Po rozłożeniu śpiworów okazało się że zajmujemy całą szerokość pokoju od ściany do ściany. Z prawej strony dziewczyny , od strony okna January , pomiędzy nimi ja a nad naszymi głowami kwiaty i duży drewniany zegar. Nie wiem czy to przypadkowo , czy też świadomie obok mnie ułożyła się Dorotka . Jeszcze jakiś czas kontynuowaliśmy wspomnienia z wakacji rozpoczęte przy kolacji , ale  wkrótce późna godzina i zmęczenie tak intensywnym dniem spowodowały że kolejne osoby zaczęły zasypiać . Nie wiem czy tak było naprawdę czy tylko nam się wydawało że nie spaliśmy tylko my. Leżący obok siebie , zwróceni do siebie twarzami , wytężający wzrok w ciemnościach patrzyliśmy na siebie Ja i Dorotka. Zwyczajem zapoczątkowanym w Bukowinie przytuliłem do niej swoją głowę , a ona zaczęła przeczesując palcami włosy głaskać mnie po niej. I też tym samym "Bukowińskim" zwyczajem gładziłem ją po tej ręce . Czułem że nie zasnę. Nie , czułem że nie chcę zasnąć i co chwila szturchałem głową jej rękę , która zamierała w sennej bezczynności. Pewnie i ja w końcu bym się poddał , gdyby nie nieoczekiwane zdarzenie . Początkowo uwagę moją zwrócił dziwny metaliczny chrzęst  poprzedzający głośny chropawy dźwięk . Wszyscy jak spali , tak zerwali się z posłań przebudzeni tym przeraźliwym :ku-ku , ku-ku ,ku-ku ...
-Na boga co się dzieje - pierwszy odezwał się January
-Może ktoś włączył radio - rzucił ktoś leżący pod ścianą
-Przecież tu nie ma radia - odparł January
I tak nieoczekiwanie jak się zaczęło , tak nieoczekiwanie ustało kukanie. Nie zdążyliśmy jeszcze ochłonąć po tej nieoczekiwanej pobudce , gdy nagle ze zdwojoną siłą dobieg nas dźwięczny łoskot. Nie było już wątpliwości , dotarło do nas co było źródłem tych hałasów. Stojący  w kącie i milczący przez cały dzień durzy drewniany zegar. Z nie znanej nam przyczyny do tej pory słyszeliśmy tylko tykanie jego mechanizmu napędzanego wahadłem , a o istnieniu kukułki nawet nie wiedzieliśmy. Z nieznanej też przyczyny zdradziecki ptak skryty za drewnianymi drzwiczkami postanowił z sobie tylko znanych powodów oznajmić swoją obecność o bliżej nieokreślonej niepełnej godzinie.
 Spojrzałem na swój radziecki zegarek z fosforyzującymi wskazówkami i tarczą i powiedziałem
-Pierwsza piętnaście!? - słychać było w moim głosie niedowierzanie
-Coś mi się wydaje przyjacielu , że to ptaszysko musiało podzielać zamiłowania poprzedniego gospodarza. Jak nic wykazuje oznaki dezorientacji po przedawkowaniu alkoholu -  w swoim stylu spuentował January.
 Chwilę zajęło nam ponowne umoszczenie się w śpiworach. Na moje szczęście zegar rozbudził też Dorotkę i mogłem znowu cieszyć się jej "smyraniem" odpłacając się gładzeniem ręki. Powoli nasze oddechy uspokajały się i tak przytuleni do siebie zasnęliśmy.
 Nie dane było nam jednak w spokoju pospać do rana. Jeszcze dwa razy budziły nas na przemian , kukanie i kuranty o trudnych do przewidzenia godzinach : trzecia dwadzieścia pięć i piąta dziesięć . Ostatnią pobudkę January skwitował słowami :
-Zabiję gadzinę jeżeli jeszcze raz otworzy dziób.
Musiała to gadzina wziąć sobie do serca bo zamilkła na długie godziny.
Wróć do spisu treści