Przejdź do treści

Wpis 0710 - Miturinka

Zawsze pamiętaj że Cię Kocham
Pomiń menu
08-30.IX.1986 (Romek)

 
 
          Ta część wspomnień rozpoczyna się nieco wcześniej bo na przełomie kwietnia i maja tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku. Pod koniec marca zostałem po szkole podoficerskiej w Bemowie przeniesiony do Gryfic i przydzielony po interwencji taty do zestawu zasilania jako operator-elektromechanik kabiny RW. Specyfika tej służby przypominała nieco pracę zawodową w systemie zmianowym. Swoją „pracę” wykonywałem jako członek obsady pomocniczej SD . Tak więc na przełomie kwietnia i maja miałem dyżur w Pruszczu. Dyżur rozpoczynała odprawa z dowódcą zmiany SD a następnie odprawą z dowódcą zestawu w skład którego wchodziła moja kabina RW i kabina z dwoma silnikami spalinowymi do zasilania w warunkach bojowych. O ile odprawa z dowódcą SD odbyła się szybko (jako że ppłk. „Wacek” swoim zwyczajem zje…ł przypadkowo wybranego żołnierza i pokrzepiony tym zniknął w schronie dowodzenia), o tyle odprawa z majorem Ostojskim trwała ponad godzinę. Cała zmiana zestawu stała w szeregu na wybetonowanym zejściu do schronu z kabiną łączności , dowodzenia i techniczną. Staliśmy a intensywny deszcz siąpił uporczywie na nas, tak że po jakimś czasie nasze mundury przemokły na ramionach a po twarzach spływały nam strumienie wody zbierające się w zagłębieniach czapek. Nie było to nic wyjątkowego, w wojsku jak to w wojsku czynnik ludzki nie był przedmiotem specjalnej troski. Wyjątkowy okazał się natomiast  czas w jakim przyszło nam moknąć na tym wiosennym deszczu. Dosłownie kilka dni wcześniej w Czarnobylu wywaliło w powietrze tyle syfu, że pomimo tak ogromnej odległości w deszczu który nasączał nasze ubrania i spływał nam po twarzach znajdowało się go zbyt dużo by nie było to obojętne dla zdrowia.
 
         Nie wiem jaki to miało wpływ na innych, ale mój organizm podszedł do tego dość agresywnie. Początkowo nic się nie działo, nawet po przemoczeniu nie miałem kataru. Dopiero pod koniec maja w chłodną i wilgotną niedzielę zaczęły się kłopoty. Siedzieliśmy z Dorotką na  naszym miejscu na kościelnym chórze. Trzymałem ją za rękę i poczułem jak dłonie zaczynają mnie swędzieć. Spojrzałem na nie i zobaczyłem jak skóra poczerwieniała a ciało nabrzmiało. Było to dziwne uczucie jakby moje dłonie zostały odlane z betonu. W pierwszym odruchu próbowałem zacisnąć je w pięści. Efekt był połowiczny, palce udało mi się zgiąć ledwie do połowy a skóra na stawach popękała w miejscu tak charakterystycznych bruzd. Nie czułem bólu, tylko mrowiący świąd i ciepło pulsujące z nabrzmiałych dłoni. Szepnąłem do Dorotki żeby spojrzała na moje dłonie, ale ona spojrzała na moją twarz i powiedziała, że jeden policzek i powieka zrobiły się czerwone. Dopiero teraz dotarło do mnie że prawa powieka nabrzmiała mi, tak że widziałem tym okiem przez wąską szczelinkę. Nie wiem czy bardziej byłem przerażony, czy bardziej  zdezorientowany tym co mnie spotkało. Od tego czasu w chłodne i wilgotne dni , moje dłonie robiły się czerwone i nabrzmiewały. Rozpocząłem leczenie w kierunku alergii. Jako że coraz mocniejsze leki i podawanie wapna w zastrzyku nie przynosiło większego efektu , zostałem skierowany do poradni dermatologicznej Szpitala Wojskowego w Szczecinie. Tam dr. Górski zadecydował o skierowaniu mnie na obserwację na oddział dermatologiczny wspomnianego szpitala.
 
         W szpitalu spędziłem prawie cały piękny i słoneczny wrzesień. Powiedzmy sobie szczerze, na tle normalnej służby wojskowej pobyt w nim był jak wczasy w kurorcie dla notabli. Zasadniczo poza rytmem dnia przedzielanym posiłkami nie miałem nic specjalnego do roboty. Jeszcze przed wyjazdem mama Dorotki powiedziała że w szpitalu wojskowym leży wnuk ciotki Marynki (siostry taty Dorotki i jednocześnie jej chrzestnej) Romek, który uległ wypadkowi na motocyklu, a jako że dostał się wcześniej do szkoły lotniczej w Dęblinie został uznany za żołnierza i objęty wojskową opieką medyczną. Na prośbę Dorotki odszukałem Romka na oddziale neurologicznym, gdzie oprócz niego leżał jeszcze inny żołnierz, którego imienia nie pamiętam. Po przedstawieniu się Romkowi (początkowo miało to miejsce każdego dnia), odwiedzałem go w miarę możliwości kilka razy dziennie. Spędzaliśmy ten czas na graniu w karty, rozmowach i pomocy pielęgniarkom w fizycznych pracach przy obłożnie chorych tudzież pracach porządkowych. Dni mijały w fajnej atmosferze. Można powiedzieć że nawet trochę się zaprzyjaźniliśmy. Odwiedziła mnie także Dorotka, z którą spędziłem kilka kochanych godzin w ciepły wrześniowy dzień na ławce na wewnętrznym dziedzińcu szpitala.
 
         Jako że dr. Górski nie zaobserwował w moim stanie zdrowia nic niepokojącego, a i wyniki badań były w normie, mój czas w szpitalu dobiegał końca. Kiedy na oddział został przyjęty inny żołnierz z naroślą naciekającą skórę chłopaka na całej piersi, doktor stracił resztkę zainteresowania moim przypadkiem i odesłał mnie jako zdrowego do dalszej służby wojskowej.
 
         Ponowne moje spotkanie z Romkiem miało miejsce , już kiedy stałem się członkiem rodziny. Na imieninach u ciotki Marynki, na które dotarliśmy z Dorotką z pewnym opóźnieniem, wśród rozweselonych biesiadników był też i Romek. Przywitałem się z nim jak ze starym znajomym, a widząc jego zmieszanie pospieszyłem z wyjaśnieniami skąd się znamy. Okazało się że Romek nie pamiętał nic ze swojego pobytu w szpitalu, a o tym że byliśmy tam razem wiedział tylko z opowieści. Przedziwne to uczucie, znać kogoś, jego upodobania, rodzaj humoru i jednocześnie być zupełnie obcą dla niego osobą. W zasadzie można przypuszczać, że nasza znajomość powinna się potoczyć analogicznie. Jednak pomimo prawie tych samych składowych nie stało się tak. Już zawsze byłem dla Romka piątą wodą po kisielu. Tylko w moich oczach on był kimś bardziej niż synem kuzynki Dorotki, był jakby kolegą z młodości.
 
         Kilka dni temu dowiedziałem się że Romek zmarł. Siedzę i myślę jak wszystko w naszym życiu jest ze sobą gęsto splecione. Jego wypadek z przed lat, który odebrał mu marzenia i całe miesiące z życia, być może wziął swoje ostatnie żniwo, kończąc to co mogło się stać lata temu.
 
         Siedzę i myślę i mam świadomość, że jestem jedynym człowiekiem który pamięta małą cząstkę jego życia której nawet on nie pamiętał. Mam nadzieję że swoje ostatnie myśli w życiu skierował do boga.
Wróć do spisu treści