Przejdź do treści

Wpis 0621 - Miturinka

Zawsze pamiętaj że Cię Kocham
Pomiń menu
25.III.2022 (Zanim poznałem Dorotkę - Rajd 09-10.1979) Cz.2
 Pomimo deszczowej pogody następnego dnia zbudziła mnie wielka susza. Z ciężką głową poczłapałem do namiotów gospodarczych w poszukiwaniu czegoś do picia. Z nieopisaną radością znalazłem stojący na środku polany nieopodal wygasłego ogniska duży wojskowy termos z rdzawą mętną zawartością . Dzięki bogu obozowicze skupili się wczoraj na piciu innych napojów a nie jak się okazało kawy zbożowej ocalałej w zapomnianym termosie . W życiu bym nie pomyślał że zwykły „TUREK” ma taki nieludzko dobry smak. Odpowiednio nawodniony postanowiłem doprowadzić swój wygląd do ludzkiej postaci. Jeżeli reszta prezentowała się jak moje spodnie , to równie dobrze mogłem spędzić biwak na śmietniku. Już na pierwszy rzut oka można było sobie wyobrazić wczorajszą "imprezkę" (jak to określił Andrzej) . Moje spodnie miały na prawej nogawce ogromną plamę z czerwonego wina. Na lewej zaś dla równowagi krwawe plamy z rozciętego palca. Na to wszystko nakładały się odciski Andrzeja butów zaprawione czarnym błotem znad zalewu.
 Po chwili zastanowienia uznałem że nic się z tym już nie da zrobić. Zniechęcony obmyłem w zalewie twarz i nękany uporczywym bólem głowy powędrowałem do namiotu. W wilgotnym śpiworze wśród porozrzucanych przedmiotów próbowałem jeszcze usnąć
  Gdzieś tak około godziny ósmej zjawił się Andrzej. Był cały w skowronkach. Na wstępie szturchnął mnie zabłoconym butem w bok i z poważną miną powiedział:
- Pamiętaj Maniek , ty nic nie widziałeś wczoraj w nocy.
- Co miałem widzieć? Uwaliłem się tym winem , że jeszcze ledwie żyję – skłamałem po raz drugi w ciągu kilku godzin
- Tak? - zapytał przyglądając mi się bacznie , a stwierdziwszy chyba że to prawdopodobne dodał - A nie mówiłem że dobre winko kupiliśmy
Wygrzebał z bałaganu ręcznik i jak przystało na prawdziwego macho powędrował rozebrany do pasa umyć się nad wodą.
Jeszcze nie zdążyła jego sylwetka skryć się za drzewami , gdy zjawiła się Magda.
- Jest Andrzej? – zapytała
- Poszedł nad jezioro umyć się. – odpowiedziałem choć byłem pewien że widziała jak szedł z ręcznikiem na plecach
- A tak umyć się. –powiedziała zamyślona a na potwierdzenie że rozumie kiwnęła głową i dodała
- Mariusz mam prośbę. Nie mów nikomu ....
- Niewiele pamiętam z wczoraj . Za dużo wina wypiłem i ledwie żyję - przerwałem jej modląc się o ciszę i żeby się jej pozbyć dodałem
- Andrzej zapomniał mydła. A bez mydła ciężko będzie mu się umyć.
Magda tylko na to czekała i niby to od niechcenia spiesznie poszła w ślad za Andrzejem.
- Mydło! - rzuciłem jej na odchodne , wskazując leżącą w namiocie mydelniczkę.
-A tak , tak , mydło - odpowiedziała błądząca myślami gdzie indziej Magda
 Cisza , którą chciałem się nacieszyć nie trwała zbyt długo. Jakby czekając na swoją kolej zjawiła się Kaśka.
- Maniek nie było tu Magdy? – zapytała i nie czekając na odpowiedź dodała
- Dziękuję jeszcze raz.
 Zrobiłem ręką gest , który miał wyrażać coś w rodzaju „nie ma sprawy” a wypadł raczej jak „e tam dajcie już spokój”. Kaśka uznawszy że sprawa jest załatwiona poszła na śniadanie. Mnie pozostało tylko czekać na wizytę nieznajomego adoratora Kaśki by odhaczyć pełną listę obecności. Długo to nie trwało. W prawdzie adorator pewny swojej anonimowości nie zjawił się z przeprosinami ale zdradziła go zielona od kory dzikiego bzu kurtka w której to wczoraj wpakował się w pobliskie krzaki zaczepiając nogami o nacią namiotu.
Ku mojemu zdziwieniu owym tajemniczym nocnym zakochanym był nasz opiekun zwany „Gogusiem” z uwagi na swoje upodobanie do piękna , tak swojego jak płci odmiennej.
 Goguś był postacią bardzo barwną. Dla poprawy własnego wizerunku zgolił sobie kiedyś brwi i od tego czasu był dumnym posiadaczem gęstych , nie , nie gęstych , KRZACZASTYCH brwi jak postać z Muppetów . Widocznie uważał że w ten sposób będzie bardziej seksy.
 Nieświadomy własnej dekonspiracji wstawiał mi umoralniającą gadkę o abstynencji i dobrym prowadzeniu się jak przystało na harcerza.
 I tak to lista została odhaczona , a ja nie niepokojony już przez nikogo zapadłem w sen.
 Z zaplanowanych atrakcji dzisiejszego dnia zostały nam tylko zawody sportowe. Mnie i Andrzeja wytypowano do przeciągania liny. Ze wszystkich dyscyplin ta wydawała się najbezpieczniejsza. Do kompletu dołożono nam jeszcze Gogusia , który jak przypuszczam chciał pokazać dziewczynom moc swoich muskułów. W przeciąganiu szło nam całkiem nieźle. Doszliśmy nawet do finału w którym to mieliśmy zmierzyć się z trójką żołnierzy , zajmujących się obsługą techniczną obozowiska. Tak na oko mieliśmy nawet szanse ich pokonać. Nie przyszło nam to jednak łatwo. Nasz wspaniały „ciągnący środkowy” Goguś tak był zajęty prężeniem się przed tłumem dziewczyn , że nie zauważył mocnego szarpnięcia od którego rozpoczęli pojedynek wojacy. Nie będąc przygotowanym na taki obrót sprawy fiknął koziołka Andrzejowi na plecy , przywalając go do ziemi. Andrzej zachował na tyle przytomności że nie puścił liny. Niestety cały ciężar walki spoczął na mnie jako ostatnim w szeregu ( z uwagi na moją wagę). Zaparłem się mocno nogami i pociągnąłem ile sił. Takiego nadmiaru energii nie wytrzymały niestety moje zmaltretowane spodnie pękając z hukiem w kroku od opaśnicy z tyłu do samego rozporka. Na domiar złego i rozporek nie wytrzymał naporu napiętych nogawek i rozleciał się na dwie części. W tym momencie niczym nie skrępowane , wyjrzały na świat moje kremowe , bawełniane majtasy zwisające na przyrodzeniu. Tego widoku nie wytrzymała drużyna zaprawionych w boju wojaków. Puścili linę i pokładając się ze śmiechu poddali się bez walki. Ze wszystkich zawodników tylko ja , nie zdając sobie do końca sprawy ze swojego wyglądu pozostałem w pozycji stojącej. Wszyscy zebrani mieli ze mnie używanie. Nie był to jednak koniec moich kłopotów , ku mojej rozpaczy żaden z "harcerzy" nie miał igły ani nici , a paradowanie z gaciami na wierzchu było po pierwsze nie zdrowe a po drugie budziło nieprzyjemne dla mnie emocje u innych (śmiali się do łez widząc mnie z wystającymi majtasami). 
 Ratując co jeszcze się dało ze swojej reputacji , w szaleńczym zrywie zszyłem spodnie przy użyciu zakrwawionego scyzoryka (którym robiłem dziury w materiale) i nici którą wyprułem ze swetra zrobionego przez moją mamę. Obraz nędzy i rozpaczy , tak można to było skwitować . Wyglądałem jak super bohater "szmacianego" komiksu w zakrwawionych i upapranych winem spodniach , zszytych na okrętkę widocznym z kilku metrów szwem z nici w innym kolorze , których braku w swetrze też nie dało się ukryć.
 Gdzieś około południa zwinęliśmy namioty i spakowani zabraliśmy się w drogę powrotną.
Ta sama biała „NYSKA” kolebiąc się jak wcześniej na nierównościach leśnej drogi odwiozła nas na przystanek PKS gdzie czekała nas niespodzianka .
 Zapomniany przez wszystkich czekał ze swoim biwakiem rozbitym w przystanku PKS , Kaziu. Spał sobie w najlepsze w śpiworze pod ławką pozostały ślady po palących się paliwkach do kochera. Wszystkie rzeczy miał zapakowane do śpiwora. Z daleka wyglądało to jakby w śpiworze spał zapaśnik sumo a nie nastolatek. Kiedy zatrzymał się nasz transport Kaziu odruchowo otworzył oczy i zobaczywszy naszą grupę zaczął się z łomotem wypadających maneli gramolić ze śpiwora.
- Ludzie , ludzie gdzie wy byliście? – wołał potykając się o plecak do połowy pozostający w śpiworze
- Szukałem was cały wieczór. Gdzie wy byliście? – pytał szarpiąc nas za rękawy.
- To ty nam powiedz gdzie byłeś? – zapytał poirytowany Goguś
  Jak się później okazało biedny Kaziu który spóźnił się na przyspieszony autobus dorwał jakiegoś życzliwego tubylca na "Komarku" i wręcz wymusił na nim żeby ten go woził po leśnych drogach w poszukiwaniu naszego obozu. Podobno biedny chłop pomimo swojej życzliwości , uciekł mu przy pierwszej nadarzającej się okazji i Kaziu musiał wracać pieszo z wcale nie małym majdanem na przystanek , a zapadający wieczór zmusił go do biwakowania w nim.
  Tak zakończył się rajd pełen nieoczekiwanych zwrotów sytuacji i jak się potem okazało brzemienny na długie lata w klasowe miłości. Andrzej i Magda stali się nierozerwalną (można powiedzieć małżeńską parą ) aż do mojej i kolegi Jacka osiemnastki. A ja jakby na przekór okolicznościom nasiąknąłem na długie lata sugestią Andrzeja żeby pogadać z Kaśką . Tak to kolejny raz pogłębiałem się w romantycznym platonicznym uczuciu i tresowałem swoją nieludzką sumienność w monogamicznym podejściu do miłości. Ćwiczenia te dały lepszy efekt niż osiemnaście lat codziennych ćwiczeń jogi. To dzięki nim niezrażony pierwszymi niepowodzeniami w znajomości z Dorotką , potrafiłem cierpliwe doczekać się jej miłości i to dzięki nim nigdy nie poddałem tej miłości pokusom jakie życie wkładało mi w ręce.
Wróć do spisu treści