Po wielkim tygodniu 2020 roku spędzonym w domu przed telewizorem , Wielkanoc 2021 była wielką niewiadomą. Co prawda kościoły były otwarte , ale obowiązywały drastyczne limity wiernych którzy mogli bezpośrednio uczestniczyć w mszy. Na szczęście można było brać odział w zgromadzeniach na wolnym powietrzu bez ograniczenia liczby uczestników. Wykorzystując tę okoliczność , w naszym kościele parafialnym zbudowano ołtarz polowy i udostępniono do dyspozycji wiernych krzesła. W takiej scenerii przyszło nam uczestniczyć w Triduum Paschalnym i Wielkanocy 2021.
Pogoda była bardziej bożonarodzeniowa niż wielkanocna. Z uwagi na to Dorotka mogła w końcu ubierać swój wymarzony kożuch kupiony kilka lat temu , który z uwagi na brak mrozu i śniegu przeczekał te lata w szafie.
- Piękny masz kożuszek , co prawda nie turecki i nie zakopiański ale bardzo mi się podoba - powiedziałem patrząc na nią jak zakłada czapkę stojąc przed lustrem w przedpokoju.
Popatrzyła na mnie przez swoje odbicie w lustrze i z lekkim udawanym grymasem niezadowolenia odpowiedziała zaczepnie
- A bo ja wiem , może w nim wyglądam jak babucha?
- Przecież to nie "mała czarna" tylko kożuch na zimę i moim zdaniem to piękna z ciebie babucha - odpowiedziałem stawiając jej rogi czapki jak diabełkowi.
-Oj , zostaw czapkę w spokoju cholerniku jeden - uchyliła głowę łapiąc mnie za rękę.
Jako że doszliśmy do porozumienia co do jej wyglądu , mogliśmy w końcu pojechać do kościoła.
Na placu obok wejścia do zakrystii stała już kilkudziesięcio osobowa grupa wiernych , a przy ołtarzu usytuowanym na podniesieniu czynił ostatnie przygotowania ksiądz proboszcz z siostrą "Jordan" . Zajęliśmy miejsce przy bocznym wejściu do kościoła. Dorotka usiadła na jednym z rozstawionych krzeseł a ja stanąłem za nią tak żeby osłonić ją przed lekko wiejącym wiatrem w nasze plecy. Poranek był mroźny , ale pogodny. Pierwsze promienie słońca przedzierały się do nas od strony parku przez pozbawione o tej porze roku gałęzie rozłożystych drzew otaczających kościół. Te leniwe , nie mające jeszcze tej uciążliwej mocy promienie słońca przyjemnie ogrzewały policzki a ich naturalne ciepłe światło wydobywało głębię kolorów z różnorodnych ubrań otaczającej nas rzeszy parafian. Stojąc tuż za Dorotką czułem delikatny zapach jej perfum podkreślany mroźnym powietrzem i cieszyłem oczy połyskującym w słońcu lekko zarysowującym się profilem jej twarzy. W chwilach uczestniczenia w modlitwie zbiorowej czy śpiewie zamykałem oczy i kierowałem twarz prosto w ostry już w tej chwili blask słońca , tak że pomimo zamkniętych powiek robiło się jasno a jakieś smugi jak kształty przepływały pod powiekami. Doszukiwałem się w nich jakichś mistycznych znaków , ale były to tylko przyjemne reakcje wzroku na pulsujące światło przenikające przez zamknięte powieki. Było przyjemnie , a spokój jaki nas otaczał zdawał się być zapowiedzią normalności jaka musiała kiedyś w końcu wrócić. Za każdym razem kiedy Dorotka podnosiła się z krzesła korciło mnie żeby postawić rogi w jej czapce , albo pocałować ją w odsłaniającą się przy każdym skłonie głowy szyję z pod szalika. Ograniczone jednak obecnością innych moje zapędy kończyły się tylko podsunięciem rękawiczki pod jej kolana kiedy klękała na brukowanym chodniku.
Ta niezwykłość otoczenia i sprzyjająca pogoda jakby obmyły nasze dusze z codzienności i niezmiennej rutyny przypieczętowanej powtarzającą się od lat scenerią wnętrza naszego kościoła. Było w tych mszach na wolnym powietrzu coś co zbliżało nas do korzeni wiary , coś co uświadamiało że kościół to nie budynek ale ludzie i jest tylko tam gdzie oni zbierają się na modlitwie.
Minął rok , znowu siedzę skryty za filarem w ławce na chórze. Otacza mnie ponownie ta przytłaczająca niezmienność miejsca. Po raz nie wiem który w chwilach zadumy odczytuję zatarte inskrypcje na ławkach i myślę kim byli ich autorzy i jaki ich spotkał los. Czy przetrwały ich uczucia z taką determinacją wydrapane w drewnie , czy może podzielili los kołatków , które przez całe pokolenia drążyły drewniane trzewia świątyni a po których pozostały tylko maluteńkie otworki prowadzące do nieistniejącego już świata. Patrzę na odsłonięte cegły misternie zespojone w olbrzymie filary podtrzymujące ten świat sięgający swoim mistycyzmem setki lat wstecz. Patrzę na ich surową fakturę i myślę , że w mojej duszy wszystko jest skute do gołego muru , który z równie wielkim mozołem jak te filary podtrzymuje świat wspomnień. I jakby na potwierdzenie mojej więzi z Dorotką , która jest podwaliną tamtego świata , jej miejsce w ławce tuż obok mnie zawsze pozostaje puste . Świadomie czy też nie nikt go nie zajmuje , tak jakby wiedzieli że w ten sposób kieruję prośbę do Boga - "Daj Panie usiąść jej przy mnie , daj skryć jej swoją dłoń w cieple moich dłoni i niech postuka swoją obrączką w moją na potwierdzenie nierozłączności , jak miała to w zwyczaju robić".
