Po feriach w Witnicy u ks. Tadeusza już zawsze byliśmy razem. Początkowo to były jeszcze wspólne spotkania naszej scholi , ale tak naprawdę przede wszystkim to były nasze spotkania. Siadaliśmy koło siebie , patrzyliśmy na siebie , mówiliśmy do siebie , więź która się budowała była coraz gęstszym splotem łączących nas wspólnych spraw. Wtedy to nasze plany zaczęły coraz częściej dotyczyć tylko nas. W pamięci utrwaliła mi się wycieczka do Kołobrzegu (jeszcze w towarzystwie Januarego i Bredzi) w piękny zimowy dzień .
Do Kołobrzegu dotarliśmy pierwszym porannym pociągiem. Dzisiaj mi się to wydaje zabawne , ale wtedy dopiero w Kołobrzegu mogłem Dorotkę trzymać za rękę . Może z uwagi na to że byłem od niej cztery lata starszy (a jako że miałem brodę i wąsy to dodatkowo wyglądałem na sporo od niej starszego) , a może z jakiegoś innego powodu , którego nie znam Dorotka prosiła żebyśmy w Gryficach nie trzymali się za ręce . Z jej późniejszych opowieści dowiedziałem się że jej mama była trochę przestraszona ,"bo jej mała córeczka prowadza się z takim brodatym chłopem". Fakt , Dorotka miała niespełna siedemnaście lat a ja wyglądałem na jakieś dwadzieścia pięć. Biorąc pod uwagę wcześniejsze drgania naszych relacji , nie sprawiało mi to kłopotu , cieszyłem się tymi wspólnymi chwilami bez względu na to czy trzymałem ją za rękę czy nie.
Tak więc dotarliśmy do Kołobrzegu we wczesnych godzinach porannych , i jak to zwykle Kołobrzeg , powitał nas chłodnym przenikliwym wiatrem od morza. Powoli budzące się słońce na bezchmurnym niebie i bliskość siebie dawały nam jednak tyle energii , że nawet ten chłodny wiatr zdawał się byś wiosennym ciepłym powiewem. Jako że pora była dość wczesna postanowiliśmy najpierw pójść na herbatę do mieszkania siostry Januarego Maryli (Maryla była kardiologiem i pracowała w Kołobrzeskim szpitalu i tak się szczęśliwie składało że miała dyżur). Nie spiesząc się poszliśmy początkowo parkiem a później ulicami miasta do wysokiego bloku w którym Maryla miała swoją kawalerkę. Mieszkała na jednym z wyższych pięter więc z jej okien roztaczał się fajny widok budzącego się miasta.
Herbata (choć pewnie był to zwykły Ulung lub Madras ) lekko posłodzona smakowała wybornie. Pewnie były też jeszcze jakieś herbatniki , ale w pamięci pozostał mi tylko smak herbaty i bliskość mojej Dorotki , która przytulona do mnie siedziała na kanapie. Pamiętam zapach jej włosów , które przewiane wilgotną morską bryzą puszyły się jak lwia grzywa. Pamiętam delikatny zapach jej perfum Masumi , które chyba podebrała siostrze. Pamiętam miękkość jej ciepłych dłoni i lekko drżące delikatne usta , które jeszcze tak niewinnie przyjmowały pocałunki. Usadowieni w dwóch parach w dwóch "odległych" kątach pokoju , w ciszy przerywanej co jakiś czas zabawnymi zdaniami , cieszyliśmy się sobą jak dzieci gwiazdką.
Około południa kiedy słońce na dobre zadomowiło się na bezchmurnym niebie nadszedł czas planowanego spaceru plażą do molo . Dojście do morza zajęło nam może kwadrans. Kiedy już minęliśmy park i wydmy oczom naszym ukazało się niecodzienne widowisko. Plaża pokryta śniegiem kończyła się nie wiadomo gdzie. Zamiast zwykłej linii brzegowej obmywanej falami w może wybiegały zmrożone na lud piętrzące się tafle wody pokryte śniegiem . Wszystko skrzyło się w promieniach ostrego słonecznego światła. Ruszyliśmy w stronę widniejącego w oddali molo idąc utartym zwyczajem wzdłuż brzegu (tak nam się przynajmniej wydawało) . Co jakiś czas jednak orientowaliśmy się że idziemy już po tafli zamarzniętego morza i wtedy ze śmiechem i lekką obawą uciekaliśmy w stronę plaży . Głośne rozmowy , śmiechy i rejterady w stronę brzegu uprzyjemniły nam spacer. Co jakiś czas mijali na sądząc po wieku pensjonariusze ośrodków sanatoryjnych. Zajęci rozmowami dopiero w ostatniej chwili zauważyliśmy drugi dzisiejszego dnia niezwykły widok. Molo (jeszcze wtedy drewniane) wydawało się być wyrzeźbione w lodzie . Każdy jego element , od wielkich podpór wystających z poszarpanego lodu do najmniejszego ogniwa łańcucha pokryte były cienką warstwą srebrzystego lodu lśniącego w słońcu.
Magiczny dzień , magiczna plaża i magiczne molo a na nim moja kochana Dorotka w kożuszku z rozpuszczonymi lśniącymi w słońcu włosami . Uśmiechnięta jak to miała w zwyczaju , mocno trzymająca mnie za rękę na śliskich jak lodowisko deskach molo. Jestem szczęśliwy za każdym razem gdy zamykając oczy wybiegam pamięciom do tej chwili.
Pewnie byśmy zostali w Kołobrzegu do wieczora , ale dziewczyny musiały wrócić do domu na obiad. Tak więc , niechętnie ale z lekkim sercem ruszyliśmy w drogę na dworzec. Przy wyjściu z plaży na skraju parkowej alejki jakaś elegancka starsza pani zagadnęła nas uprzejmie:
-Pięknie wyglądacie , z młodością wam do twarzy , widać że się kochacie - powiedziała uśmiechając się rozmarzonymi oczami.
Nim zawstydzeni tak nieoczekiwanymi słowami zdołaliśmy coś odpowiedzieć , starsza pani dodała:
- Pamiętaj moja kochana -kierując słowa do Dorotki - że przez głowę człowiek traci 70% ciepła i w taki dzień jak ten noś czapkę - i dodała kierując słowa do mnie - a ty młody dżentelmenie pamiętaj żeby o nią dbać i jak nie będzie chciała nosić czapki to powinieneś ją przełożyć przez kolano.
-Obiecuję - odpowiedziałem zdeprymowany.
Odchodząc starsza elegancka pani ( jak sądzę po jej słowach , pani doktor) obróciła się i dodała:
-Nie gniewajcie się na mnie , ale o miłość trzeba dbać.
Jej bezpośrednie słowa zawsze do mnie wracały ilekroć moja Dorotka potrzebowała reprymendy w kwestii zdrowotnej , a złożona obietnica głęboko zapadła mi w serce i zawsze miałem dla mojej Dorotki przysłowiową "czapkę" i "kolano" na wszystkie oczekiwania i kłopoty.
