Przejdź do treści

Wpis 0634 - Miturinka

Zawsze pamiętaj że Cię Kocham
Pomiń menu
11.IV.2022 ( Zanim poznałem Dorotkę - Gigant 08.1982) Cz.4
...
Jak trudno znaleźć sobie miejsce gdy wszystkie myśli krążą gdzieś daleko , gdy każde zamknięcie oczu rzuca nas w szaleńczy wir niedawno przeżytych chwil. Wróciłem z Babich Dołów , ale na długie miesiące tam pozostałem. Żegnając się z Beatą postanowiłem sobie , że jeszcze w te wakacje się z nią zobaczę. W celu spełnienia tego przyrzeczenia niezwłocznie rozpocząłem realizację misternie uknutego planu. Do udziału w tym szaleństwie namówiłem Mirka.

 Szczęśliwym trafem zapisaliśmy się pod koniec roku szkolnego na Harcerski obóz nad Soliną.
Z naszej klasy miał jechać Darek , Ula i jeszcze kilka osób których już nie pamiętam. Obóz miał trwać trzy tygodnie. Na szczęście w tamtych czasach nie były jeszcze w powszechnym użytku telefony przenośne i internet co dawało szansę niezauważanej nieobecności w Bieszczadach. Co prawda miałem już prawie osiemnaście lat , ale za PRL-u dopiero posiadanie zielonego dowodu osobistego dawało prawną samodzielność , a ja byłem posiadaczem dowodu w kolorze czerwonym dla nieletnich. Dla świętego spokoju postanowiliśmy przez Darka przekazać komendantowi obozu zaświadczenia od rodziców o powodach naszej absencji dodatkowo opatrzone pieczątką z sygnaturą zakładu pracy naszych rodziców.
 Dłuższy czas zastanawiałem się jak zdobyć taką pieczątkę. Nieoczekiwanie z pomocą przyszedł mi kolega Tomek , perkusista z naszego zespołu heavy metalowego "U". Jego mama była kierowniczką WPHW (sklep wojskowy) i w pieczątce miała informacje o mieście i powiązaniu z WP. Przy odrobinie dobrej woli można ją było tak postawić że nie do końca było widać treści niepotrzebne . Tak więc napisałem w imieniu rodziców krótką informację podrabianym charakterem pisma mamy , a Tomek (podobno jego mama) postawił w stopce pieczątkę i skrobnął podpis. Wyglądało to lepiej niż dobrze. Mirkowi wystarczyło tylko pismo , które również spreparował , natomiast ja poszedłem o krok dalej i w księgarni kupiłem trzy  kartki z widokiem Bieszczad. Wypełniłem je pozdrowieniami dla rodziców wpisałem daty , tak żeby wyglądało to jakbym co tydzień wysyłał kartę do rodziców. Tak przygotowane pakiety ratunkowe przekazaliśmy Darkowi , który obiecał wszystkim się zająć na miejscu. Pozostało nam jeszcze tylko zgromadzić jakieś fundusze ( co nie było w tamtych czasach łatwe). Ja część pieniędzy zarobiłem zbierając w czerwcu truskawki i trochę dostałem kieszonkowego od rodziców. Mirek bazował chyba tylko na pieniądzach od rodziców. Nasz fundusz wycieczkowy był bardzo ubogi. Wyliczony co do złotówki na dwa posiłki dziennie i noclegi w schroniskach młodzieżowych. W ramach oszczędności podróż postanowiliśmy odbyć auto-stopem.
 Czas do wyjazdu minął nam szybko. Nim się obejrzałem a już stałem obładowany niewygodnym wojskowym plecakiem z przypiętym do niego ciężkim wojłokowym śpiworem (również wojskowym) i małą gitarą w ręku. Dla dopełnienia wszystkich formalności początek podróży odbyliśmy w kierunku przeciwnym do zamierzonego , to znaczy pojechaliśmy  pociągiem do Szczecina ze wszystkimi obozowiczami i następnie po rozstaniu się z nimi tym samym pociągiem pojechaliśmy do Koszalina. Całość tej części mistyfikacji zajęła nam pół dnia i na koszalińskim dworcu kolejowym wylądowaliśmy późnym wieczorem. Z uwagi na późną porę nie było szans złapania auto-stopa w kierunku na trójmiasto. W ramach oszczędności postanowiliśmy przenocować na dworcowych ławkach w poczekalni. Było to miejsce suche , ciepłe i bezpieczne. W otoczeniu nielicznych oczekujących przetrwaliśmy noc spędzoną na krótkich niespokojnych drzemkach.
 Świt zastał nas niewyspanych , może nawet trochę zrezygnowanych. Życie jak to życie nigdy nie jest takie miłe jak sobie wyobrażamy , ale potęga młodego wieku pozwala szybko się regenerować i zapominać o niedogodnościach.
 Czas było wdrożyć cześć planu dotyczącą darmowej podróży. W tym celu udaliśmy się na drogę wylotową prowadzącą do Gdańska. Pamiętam ten rześki sierpniowy poranek jak by to było wczoraj . Staliśmy na rogatkach miasta a na przeciwko nas na wzniesieniu zwrócona w kierunku przeciwnym stała szalona rzeźba plenerowa pana Hasiora "płonące ptaki" . Sztuka różne ma oblicza , według naszej oceny była to szkaradna kupa złomy z której wiatr wydobywał różne złowieszcze dźwięki . Nie był to dobry omen na początek naszej eskapady . W głębi ducha bałem się że skończymy jak te ptaki na rogatkach miasta , nie mogąc nigdzie odlecieć.
 Tak też prawie się stało , dopiero po kilku godzinach jakiś litościwy kierowca jadący w kierunku Gdańska zabrał nas do swojej nyski . W milczeniu dojechaliśmy do Nowej Karczmy , gdzie niestety musieliśmy pożegnać się z życzliwym kierowcą. Zmęczeni postanowiliśmy odpocząć w Nowej Karczmie. Od tubylców dowiedzieliśmy się że w pobliżu znajdowało się kąpielisko nad jeziorem Lubańskim , gdzie można bez problemu rozbić namiot i przenocować.
 Istotnie jezioro było blisko. Od strony drogi do jeziora opadała łagodnie łąka zakończona piaszczystą plażą. Było wczesne popołudnie , ale my po męczącej nocy , długim oczekiwaniu w towarzystwie płonących ptaków i niezbyt wygodnej podróży byliśmy zmęczeni i uznaliśmy że odpoczynek nad jeziorem doda nam potrzebnych sił na kolejny dzień.
 Zmęczeni , upakowani w śpiworach w zasznurowanym namiocie , usnęliśmy w otoczeniu gwaru miejscowej młodzieży spędzającej czas nad wodą.
Wróć do spisu treści