Przejdź do treści

Wpis 0623 - Miturinka

Zawsze pamiętaj że Cię Kocham
Pomiń menu
28.III.2022 ( Zanim poznałem Dorotkę - Babie doły 07.1982) Cz.1
Beata
 Nikt nie wie kiedy przychodzi ten dzień , dzień kiedy rzeczy proste stają się trudne a rzeczy niemożliwe , możliwe. Nie spodziewałem się że nadchodzą te dni...
 Kiedy wsiadaliśmy do pociągu nic nie zapowiadało szaleństwa jakie miało stać się moim udziałem. Świat wydawał się normalny. W towarzystwie kolegów , którzy byli mimowolnymi świadkami tego szaleństwa , wybierałem się w podróż życia , życia chłopaka który był "nikim" i nikt nie chciał być dla niego "kimś".
  Podróż pociągiem była długa i nic z niej nie utkwiło mi w pamięci . Dopiero pod Wejherowem wysokie wzgórza morenowe obudziły mnie z bezwładnego gapienia się w okno. To było coś innego niż to do czego byłem przyzwyczajony. Od tego momentu los budował dla mnie inny świat , świat człowieka jakim jeszcze nigdy nie byłem.
 Do obozowiska dotarliśmy o wyznaczonym czasie . Tłum młodych ludzi z plecakami kłębił się przed „wozem Drzymały”. Siedzieliśmy na trawie i skubaliśmy słonecznik. Słońce świeciło z przerwami na chwile gdy białe kłębiaste chmury przykrywały je swoim delikatnym istnieniem.
- Proszę was młodzi ludzie , podejdźcie bliżej , chciał bym wam wyjaśnić zasady obowiązujące na naszym obozie – mówiąc z lekkim wileńskim akcentem przywitał nas jowialny pan postury Zagłoby z jednym lekko wirującym okiem. Pan Tadeusz Badowski (komendant naszego obozu) był jak się okazało podpułkownikiem w stanie spoczynku i od kilku lat prowadził obóz łączności dla dzieci ( młodzieży) z rodzin wojskowych.
- Papierosy palimy tylko w palarni , ot tam za namiotami. Alkoholu nie spożywamy na terenie obozu. Panie nie spotykają się z panami w namiotach po capstrzyku i nie denerwujemy komendanta obozu , to znaczy mnie – i tu wskazał na siebie paluchem.
- Nie jest źle – szepnął Czoper – Fajki są dozwolone , dziewczyny nie zakazane a piwko akceptowalne.
- Pomieszkamy , zobaczymy. Może być inaczej niż nam to sprzedał komendant.- dodał Mirek
Jeszcze raz wyjrzał z wozu pan komendant i dodał:
- Wszystkie inne sprawy proszę załatwiać z panem kapralem – i tu zamaszystym gestem wskazał na kurdupla ubranego w moro.
Twarz kaprala opromienił blask radości i w zasadzie nie można było nic więcej wyczytać bo całość przykryła duma z władzy jaką obdarzył go komendant.
- Cofam co powiedział , ten kapral może nam utrudnić wypoczynek – sprostował Czoper
 Kilka pierwszych dni minęło prawie niepostrzeżenie.  Nie miał bym nawet o czym pisać gdyby nie to że którejś nocy Czoper miał przygodę na miarę swojego słynnego pecha .
 Życie obozowe w zasadzie można by uznać za wczasy dla nieletnich gdyby nie to że spoczywał na nas obowiązek pilnowania obozu we dnie i w nocy w dwu osobowych grupach dyżurnych. Zwłaszcza nocne warty były uciążliwe. Dyżurny pilnujący obozu miał do dyspozycji panterkę ( na wypadek chłodu) , ogromny lotniskowy reflektor ( dla odwagi) i niewygodne ze wszech miar zespolone krzesło wyrwane z kinowego rzędu (tak by nie dało się na nim spać). I otóż to na jednej z takich nocnych wart miałem na prośbę Czopera (który wybierał się z wizytą do koleżanki) dać znać gdyby nagle komendant pojawił się na nocnej inspekcji namiotów , co miał zresztą w zwyczaju często robić. Tak więc zgodnie z umową gdy tylko zapadł zmrok zbudziłem Czopera i pomogłem mu wsunąć pod kołdrę zwinięty w rulon koc , który miał symulować jego obecność w łóżku. Następnie asekurowałem go pilnie obserwując kwaterę komendanta. Wszystko przebiegło zgodnie z planem. Czoper bez przeszkód przemknął w ciemnościach przez plac i zniknął w jednym z dziewczęcych namiotów. Ja w tym czasie usiadłem na kinowych krzesełkach i by nie zasnąć liczyłem startujące co jakiś czas samoloty na pobliskim lotnisku wojskowym. Nie minęła godzina , gdy cicho uchyliły się drzwi barakowozu komendanta i korzystając z prawie całkowitych ciemności jego okazała postać zaczęła zaglądać do każdego namiotu po kolei. Na szczęście zaczął inspekcje od namiotu znajdującego się najbliżej jego kwatery co dało mi czas i sposobność ostrzec Casanovę. Pobiegłem do namiotu w którym był Czoper i nic nie widząc cicho krzyknąłem w ciemność przytłumionym głosem
- Spadaj!
Jako że nikt nie zareagował na moje wołanie zdenerwowany warknąłem przez zęby głośniej
- Czoper k...wa spadaj , komendant zaraz tu będzie.
Coś poruszyło się w głębi namiotu. Niestety Czoper był chyba zbyt zaabsorbowany koleżanką i nie zdążył się ewakuować. Nie chcąc ryzykować podejrzenia o współpracę niezauważony odszedłem na bezpieczną odległość. Stanąłem pod ogromną topolą i czekałem aż komendant wyprowadzi biednego Czopera przyłapanego "In flagranti" . Znając jego życiowego pecha byłem pewien że tak będzie. Jakież było moje zdziwienie gdy komendant wyszedł z namiotu i to zupełnie sam. Pomyślałem że Czoper jakimś cudem wyczołgał się gdzieś z tyłu i uznałem sprawę za zamkniętą.
 Rano okazało się że byłem w wielkim błędzie. Czoper nie dość że nie wyczołgał się z namiotu to na dodatek spędził w nim noc i to w warunkach uwłaczających godności człowieka. Okazało się że schował się przed komendantem w części namiotu stanowiącej niby szafę. Położył się na drewnianej kratce i usnął zapomniany przez wszystkich. Gdy go rano zobaczyłem idącego przez plac , żal ścisnął mi serce. Utykając na nogę człapał zrezygnowany. Na jego twarzy widniał odciśnięty czerwony ślad drewnianej kratki. Nie odważyłem się skomentować jego widoku. On też nie powiedział ani słowa tylko wgramolił się do namiotu i przez uchyloną jego połę widziałem jak ciężko opadł na łóżko i sądząc z bezruchu od razu usnął.
 Tego samego dnia gdy skończyłem dyżur przyjechała spóźniona grupa z Wrocławia. Siedzieliśmy właśnie w palarni i paliliśmy poobiednie szlugi.
- Nowi się zjawili – rzucił Robert ( obecnie najbardziej znany mieszkaniec Gryfic z tytułu wykonywanego zawodu aktora) i rzucając niedopałek poszedł w stronę grupki kłębiącej się przy kwaterze komendanta.
- On to ma pociąg do dziewczyn – stwierdziłem puszczając chmurę siwego dymu.
Te słowa obudziły z letargu niedospanego Czopera
- Zaczekaj - zawołał za Robertem - Mówię zaczekaj! – powtórzył zdenerwowany– Jak mi się znowu wpakujesz na salon z tym swoim zakręconym gadaniem , to zostanę w celibacie do końca obozu.
- Boże , oni chyba nie potrafią o niczym innym myśleć tylko o dupach , jak by świat bez nich nie istniał – skwitowałem kręcąc z niedowierzaniem głową
Teraz wiem jak bardzo się myliłem i wiem też ile można dla nich zrobić i jak bardzo rządzą naszym życiem.
Nie zdążyliśmy wygramolić się z palarni , a już wracali nasi miłośnicy pań.
- Nie jest źle , nie jest źle-swoim sposobem chwalił sytuację Czoper.
- Do rzeczy ! – ponaglił go Mirek
- No już , już tylko sobie przypalę! – dłubiąc w pudełku w poszukiwaniu dobrej zapałki parsknął Czoper.
Pewnie długo byśmy czekali aż zacznie opowieść (ponieważ w pudełku nie było ani jednej zapałki z której dało by się wykrzesać ogień) , gdyby nie odezwał się Robert który rzeczowo ocenił sytuację nowo przybyłych w kategorii urody:
- Jedna piątka plus , jedna piątka , i jedna ... „PAŁA!!!” – akcentując ostatnie słowo usiadł i odsapnął.
- Chciałbym widzieć te wasze piątki. Ostatnio piątka to była jak się stanęło na głowie po dwóch winach – skwitowałem złośliwie
- Pierdzielisz Maniek , jak ty się nie interesujesz dziewczynami to daj nam spokój! – obruszył się Czoper
- Ty to masz jakieś głupie zasady , że to niby dziecinada ganiać za dziewczynami. Sam jesteś jak dzieciuch , może sam lubisz bawić się swoim ... – próbował stanąć po jego stronie Robert
- Żebyś ty się nie musiał bawić swoim ... – przerwałem mu i nie kończąc ucichłem , w tym właśnie momencie w palarni zjawiła się dziewczyna. Fajna dziewczyna , czułem że jest inna niż moje dotychczasowe koleżanki. Nie była wysoka , miała podatne włosy opadające lekkimi falami na ramiona. Kolor ich porównał bym do koloru młodej pszenicy z naturalnymi jaśniejszymi kosmykami wypłowiałymi na słońcu. Ubrana była w sukienkę z cienkiego jasnego materiału okrywającą ją prawie do samej ziemi. Wyglądała jak „dziecko kwiat” . Nie , jak "kobieta kwiat". Oczy miała takie jak lubiłem , ciemne duże i lekko błyszczące . Była uśmiechnięta i to dodatkowo dodawało jej uroku. Czasami ludzie mają w sobie taką radość życia , że potrafią zarazić nią innych , nawet takich ponuraków jak ja.
- Cześć – powiedziała z lekką chrypą w niskim głosie – może nie w porę – i odwracając się na pięcie już miała wyjść gdy nagle z ławki poderwał się Grzesiu i zastępując jej drogę wyciągnął rękę do powitania mówiąc:
- Grzegorz , jestem z Poznania - drugą ręką poprawiał w tym czasie swoją trwałą na przefarbowanej z bruneta na rudy blond głowie.
- Beata – odpowiedziała grzecznie i ignorując dalsze zabiegi Grzegorza usiadła na ławce
- Palisz?– podsunął paczkę z papierosami Robert
- Czasami tak , ale nie teraz. Tak przyszłam , bo nikogo nie mogłam znaleźć w obozie a tu spory tłum – odpowiedziała uśmiechając się lekko do Roberta
 Dopiero teraz zauważyłem że w palarni było około dziesięciu osób. Istotnie było nas sporo.
- Jak tutaj jest? Bo pogoda jak widzę niespecjalna? – rzuciła ogólne pytanie Beata
- Genialnie – odpowiedział jej Czoper – zero organizacji , palarnia i w ogóle jak na wczasach dla dorosłych
- Fajnie , a już się bałam że to harcerstwo – odpowiedziała przyglądając się ukradkiem po kolei każdemu z nas.
- Nie wiem tylko czy nasi rodzice byli by zadowoleni z takiej naszej "dorosłości"– bąknąłem pod nosem
- Myślę , że trzeba im pokazać że potrafimy być dorośli i że można nam zaufać – odpowiedziała mrużąc z przekorą oczy
- Wolę żeby nie wiedzieli że palę , po co ich martwić – odpowiedziałem
- A oni? – zapytała
- Co oni? – zakłopotałem się
- Może woleli by wiedzieć że palisz? – rozwinęła pytanie
- Może...- zrobiło mi się nieswojo – może , ale ja im tego nie powiem – to mówiąc wstałem
i poszedłem dodając na od chodne – Taki układ.
 Szedłem do namiotu i czułem jak kipi we mnie gniew i jeszcze coś co kazało mi wracać z powrotem do palarni. W namiocie położyłem się na polowym łóżku i zamknąłem oczy. Widziałem jej twarz i słyszałem jej głos. Wstałem ale nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Położyłem się znowu , bałem się zamknąć oczy i bardzo tego chciałem. Tak walcząc z czymś co się we mnie kołatało zmęczony całonocnym dyżurem zapadłem w drzemkę. Śnił mi się dawno zapomniany obraz. Śniły mi się wakacje , miałem dziesięć lat , był pogodny wieczór , bawiliśmy się z kolegami na podwórku. Przez okno mieszkania na parterze spoglądały na nas dwie dziewczynki. Jedna z nich uśmiechała się do mnie , miała czarne włosy i oczy lśniące jak dwa czarne diamenty. Choć było nas kilku wiedziałem że ten uśmiech był tylko dla mnie . Choć we śnie byłem dzieckiem myślałem jak nastolatek i czułem że jestem gotowy na wszystko i że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Pewnie bym ich dokonał gdyby nie to że ktoś zaczął mnie szarpać za ramię mówiąc:
- Wstawaj Maniek , idziemy na kolację!
Nie chciałem wstawać ale w oknie na parterze były już tylko smutne kwiaty w glinianych doniczkach. Szarpanie jednak nie ustawało a natrętny głos powtarzał:
- Wstawaj Maniek , koryto czeka.
Już nie byłem na podwórku , przepadł gdzieś pogodny letni wieczór. Czułem żal że odszedł ktoś kogo imiona nawet nie pamiętam. Żel tak realny że czułem jak zaciska mi gardło i wyciska z oczu łzy. Jeszcze jedno mocne szarpnięcie i oczom moim ukazał się brezent namiotu rozciągającego się nad moją głową jak posępne niebo.
- Człowieku co się z tobą dzieje? – ze strachem patrzył na mnie Mirek
- O co ci chodzi?– przecierając oczy próbowałem wstać z łóżka
- No jak o co? – pytał zdziwiony Mirek – Najpierw śmiałeś się przez sen , a jak próbowałem cię obudzić zacząłeś płakać. No chyba nie powiesz mi że to jest normalne.
- Cholera , miałem jakiś ciężki sen chyba – udałem że nie pamiętam co mi się śniło – ale do rzeczy co się stało że mnie budzisz
- Kolacja! – powiedział jedno magiczne słowo , które rozwiało resztki snu .
- Już idę – wstawałem a mój żołądek zdawał się burcząc potwierdzać trafność tej decyzji wiedziałem że jak nie pójdę to będę musiał iść spać głodny , a tego chyba nikt nie lubi.
Tak minął ten dzień. Dzień w którym los wziął w swoje ręce dłuto i z zapałem zabrał się do ciosania z mojej bezkształtnej masy czegoś co po latach uznałbym za swój charakter.
Wróć do spisu treści