Przejdź do treści

Wpis 0643 - Miturinka

Zawsze pamiętaj że Cię Kocham
Pomiń menu
27.IV.2022 ( Zanim poznałem Dorotkę - Gigant 08.1982) Cz.5
 Poranek nad jeziorem zbudził nas wślizgując się wilgotnym jęzorem w nasze śpiwory. Wyspani ciężkim snem od nadmiaru emocji nieśpiesznie spakowaliśmy dobytek i powędrowaliśmy na skrzyżowanie gdzie wczoraj wysadził nas życzliwy kierowca. Po wczorajszym dniu zapał do podróżowania auto-stopem przygasł. Wychodziło na to że jak tak dalej pójdzie trzy tygodnie spędzimy jako znaki drogowe w atmosferze spalin i nieustannego hałasu przejeżdżających samochodów. Wczesnym popołudniem , po kilku godzinnych próbach zatrzymania kogoś życzliwego zrobiliśmy naradę.
-Trzeba przeliczyć fundusze i zobaczyć na co nas stać - powiedział Mirek
Po sprawdzeniu zasobów finansowych wyszło nam , że co prawda stać nas na opłacenie podróży pociągami osobowymi II klasy , ale po odliczeniu kosztów pól namiotowych i schronisk młodzieżowych zostawało nam pieniędzy w przeliczeniu na dzień dokładnie na litr mleka i jedną chałkę na dwóch.
 Zeszło z nas całe powietrze. Zrezygnowani już mieliśmy iść szukać przystanku autobusowego i w ten sposób jeszcze bardziej nadwątlić skromny budżet , gdy nieoczekiwanie zatrzymał się koło nas duży fiat i jakiś pan z mocno opaloną i wysmaganą wiatrem twarzą wyglądający na rolnika przez otwarte okno powiedział do nas.
-To wy nocowaliście nad jeziorem? - i zanim zdołaliśmy potwierdzić , dodał - Wsiadajcie , jadę do Tczewa , stamtąd będzie wam łatwiej dostać się do Gdańska.
Podziękowaliśmy (jak się okazało mieszkańcowi nowej Karczmy) za jego życzliwość. Wstąpiła w nas nowa energia i uznaliśmy że jeszcze spróbujemy z auto-stopem w Tczewie. Nasz tymczasowy wybawca zostawił nas na wylotówce na Gdańsk i dając na pożegnanie sygnał klaksonem pojechał w stronę miasta.
 Pech jednak nas nie opuszczał. Pomimo dużego ruchu nie trafił nam się więcej nikt życzliwy, a jako że zaczynało się robić późno i kanapki na drogę się skończyły powędrowaliśmy na pobliski przystanek PKP. W niespełna pół godziny już mknęliśmy pociągiem w stronę Gdańska upakowani w bez przedziałowym wagonie. Tak naprawdę ulżyło nam. Siedzieliśmy pierwszy raz od dwóch dni spokojni i uśmiechając się do siebie podziwialiśmy widoki.
 Bez przeszkód dotarliśmy do Gdańska , skąd przesiedliśmy się w podmiejski elektryczniak do Gdyni. Zgodnie z pierwotnie ułożonym planem mieliśmy rozlokować się na jakimś polu namiotowym w Gdyni i z tej bazy wypadowej odwiedzić Babie Doły i pozwiedzać Gdańsk i Oliwę. W związku z tym że nie było jeszcze internetu musieliśmy polegać na informacjach zasłyszanych od ludzi. Nie przyszło nam do głowy udać się do informacji turystycznej i u źródła dowiedzieć się gdzie jest pole namiotowe. Nie pamiętam już dlaczego wylądowaliśmy w Rumi-Janowo.
 Powoli dzień dobiegał końca a my po raz kolejny zaliczyliśmy wpadkę. Po przepytaniu mijanych tubylców utwierdziliśmy się że w Rumi nie ma żadnego pola namiotowego. Postawieni w takiej sytuacji pod moją namową udaliśmy się na plebanię mając nadzieję że uzyskamy tam jakąś pomoc. Mogę się przyznać że było to przykre doświadczenie i tak po ludzku do dzisiaj jest mi wstyd wobec Mirka , który był osobą niewierzącą za księdza proboszcza , który potraktował nas jak intruzów i jedyne na co było go stać to łaskawie wskazał nam łąkę na strugą gdzie mogliśmy przenocować.
 Jak w "Dniu świstaka" przeżywaliśmy ponownie wieczór do złudzenia przypominający wczorajszy , z tą różnicą że nie było jeziora gdzie by można się było umyć a tubylcy byli starsi niż w Nowej Karczmie , pili mocniejsze trunki i zachowywali się niewspółmiernie gorzej niż wczorajsza młodzież. Na dodatek skończył się prowiant , a sklep był już zamknięty. Ponownie upchani w śpiworach z całym dobytkiem wokół nas , zasznurowani w namiocie zapadliśmy w głęboki sen . Jak przez mgłę pamiętam odgłosy pijackiej burdy okraszonej szarpaniną i wyzwiskami.
 Poranek w Rumi zbudził nas burczeniem pustych żołądków. Żeby nie tracić czasu ja zostałem z dobytkiem a Mirek poszedł do sklepu po śniadanie. Chyba to wtedy polubiłem bułkę z parówką na zimno popijaną mlekiem. Oprócz tej wykwintnej uczty Mirek ze sklepu przyniósł informację że najbliższe pole namiotowe jest w Skalnym Potoku. Żeby się tam dostać musieliśmy się cofnąć pociągiem w stronę Gdańska. Lokalizacja pola namiotowego była o tyle korzystna że mniej więcej leżało ono w połowie drogi między Gdynią a Gdańskiem.
 Odszukanie pola w Skalnym Potoku było wyjątkowo łatwe z uwagi na przemieszczające się tłumy młodych ludzi obładowanych tak jak i my tobołkami. Na miejscu okazało się że musimy zaczekać do południa , bo dopiero wtedy zwolni się miejsce na rozbicie namiotu.
 Logistyką chciał czy nie zajął się Mirek ( w zasadzie spadły na niego obowiązki opiekuna jako że ja byłem mało operatywny ). Czas na rozlokowanie się na polu namiotowy przeciągnął się do obiadu będącego powtórką śniadania. Po południu udaliśmy się do Oliwy obejrzeć organy i ZOO.
Dzięki tej wycieczce poczuliśmy się w końcu jak na wakacjach i pierwszy raz od kliku dni mogliśmy przemieszczać się bez całego dobytku. Jaka to była przyjemność trzymać ręce w kieszeni i nie czuć wżynających się  w ramiona pasków plecaka. Po zjedzeniu pozostałości śniadania na kolację ustaliliśmy że jutro pojedziemy do Babich Dołów odwiedzić "młodzieżowy obóz łączności". Ułożeni w śpiworach , kołysani do snu miłym , nienachalnym gwarem życia na polu namiotowym i szumem wiatru w gałęziach nadmorskiego lasu sosnowego zapadliśmy po raz pierwszy od wyjazdu z domu w spokojny życiodajny sen.

Wróć do spisu treści