Przejdź do treści

Wpis 0596 - Miturinka

Zawsze pamiętaj że Cię Kocham
Pomiń menu
18.II.2022 (Witnica Chojeńska 25.I-31.I.1985 cz. III Koda)
 Kolejny poranek przywitał mnie pełnymi radości oczami Dorotki , skrzącymi się chochlikami za firanką włosów opadających w artystycznym nieładzie na jej policzki. Czym było by słońce bez niej ? Było by jedynie marnym świecącym punktem na niebie gdyby nie mogło swym blaskiem wydobywać tych niezwykłych odcieni z jej włosów . Mieniły się jakby przenikały przez kryształ tworząc tęczę barw od ciepłego koloru słomki przez połyskliwe kryształki morskiego piasku aż po jasne kolory lnu.
 Niby to utartym zwyczajem dotknąłem jej włosów . Gest ten jednak miał głębszy sens. Odgarniając je z policzków ,  jak bym po raz pierwszy otaczał ją swoją opieką na którą ona przyjmując to z uśmiechem dawała mi pełne przyzwolenie.
 Chciała coś powiedzieć , ale głos jej odmówił posłuszeństwa. Przełknęła ślinę i jeszcze raz spróbowała .
-Chyba się pod ziębiłam - powiedziała stłumionym lekko chrypiącym głosem.
-Boli cię gardło ? - zmartwiony zapytałem.
-Nie bardzo. Ale mam chrypkę i ciężko mi przełykać - odpowiedziała.
Szturchnąłem w bok śpiącego Januarego nie martwiąc się że pół nocy nie przespał przez kukułkę.
-Jarek , masz coś na gardło? Dorotka się rozchorowała -  nie czekając aż otworzy oczy zapytałem.
-Na Boga , przyjacielu , czemuż budzisz mnie niczym Hiob tak nikczemnie - nie otwierając oczu odparł January i nie czekając na odpowiedź stał już na równych nogach. Jako że za piżamę służył mu stój szpitalny z oddziału chirurgicznego w kolorze zieleni , wyglądał wypisz-wymaluj jak lekarz na obchodzie. Pochylił się nad siedzącą już Dorotką i trzymając łyżeczkę za czerpak ordynował:
- Dziecko kochane skieruj głowę w stronę okna i uchyl usta jakbyś chciała połknąć całe jabłko.
Dorotka posłusznie otworzyła usta.
-A teraz proszę dziecko pokaż mi język - ordynował dalej January.
Z okularami zsuniętymi na czubek nosa popatrzył chwilę i powiedział.
-Nie jest źle , lekko zaczerwienione łuki , czopów ropnych nie ma . Zmierzę jeszcze temperaturę - dodał.
Z braku termometru ujął jej dłoń w nadgarstku i spoglądając na zegarek zmierzył puls.
-Zakładając że jesteś wypoczęta i powinnaś mieć puls około 70 uderzeń na minutę , a masz 90 , oraz biorąc pod uwagę okoliczność ( tu spojrzał na mnie ) mogłabyś mieć 80 uderzeń na minutę , masz lekko podniesioną temperaturę około 37.5 stopnia Celsiusa - powiedział.
Sięgnął do plecaka i po chwili wyjął blister z jakimś lekiem .
-Mam od Anki (jego siostry farmaceutki) antybiotyk na wszelki słuczaj . Zapisała żeby brać co dwanaście godzin przez minimum trzy dni - dla pewności zapisał na karteczce godziny brania leku jakby wystawiał receptę.
-Niestety nie mam nic na gardło , zrobimy płukankę z soli i zaparzymy ciepłą herbatę. - dodał.
 Wizyta u doktora-znachora Januarego dobiegła końca. Dopiero teraz zauważyliśmy , że pozostałe dziewczyny przyglądały nam się z nieukrywanym rozbawieniem.
-Panie doktorze boli mnie serce , panie doktorze nóg nie czuję , panie doktorze jestem głodna... -  dowcipkowały.
Mnie przypadł w udziale obowiązek pilnowania godzin brania leku , zrobienia płukanki i dbania o chorą. Nie muszę podkreślać że obowiązki te przyjąłem z największą ochotą , a nie było łatwo bo doktor-znachor kontrolował mnie jak stażystę.
 Dni mijały nam w atmosferze iście kolonijnej , zwłaszcza że nasz wychowawca "Tadeusz" pochłonięty był swoimi obowiązkami i tylko ma okoliczność posiłków i na wieczorne pogaduchy zjawiał się w naszym gronie. Widać że nasza obecność  dodawała mu wigoru i była balsamem na nieuchronną samotność w nowym otoczeniu.
 Tak chyba w połowie następnego tygodnia wydarzyła się nieoczekiwana historia , będąca niejako wyłomem w codziennym utartym rytmie dnia. Niestety nie byłem świadkiem początku całego zamieszania , jako że będąc opiekunem panny "chorej" położyłem się wcześniej obok niej i smyrany czule po czuprynie usnąłem głębokim snem. Tych kilka dni wystarczyło żebyśmy przyzwyczaili się do niecodziennych obyczajów kukułki z zegara i niewzruszeni jej dowcipem przesypiali spokojnie całe noce. Tak też i było tym razem z niewielką jednak różnicą. Wczesnym rankiem do rozespanych uszu dobiegł mnie ptasi głos . W pierwszej chwili przekonany byłem że jest to kolejny dziwaczny wygłup naszej kukułki z zegara , jednakże nawet będąc jeszcze pogrążonym w resztkach snu zorientowałem się że nie było to znane mi kukanie a nieustające i natarczywe gdakanie.
-Nie - pomyślałem - przecież nawet ta gadzina nie umie naśladować kury - dodałem w myślach.
Jako że wszyscy inni pogrążeni byli we śnie , podniosłem się niechętnie z ciepłego posłania i powędrowałem za tym tajemniczym gdakaniem. Ptasie odgłosy doprowadziły mnie do kotłowni położonej w najniższej kondygnacji. Delikatnie uchyliłem mocniej niedomknięte drzwi i oczom moim ukazała się kura siedząca na murku ograniczającym składzik węgla . Spokojnie łypnęła na mnie jednym okiem i jakby niby nic napuszyła pióra przeczesując je starannie dziobem. Zdezorientowany zastaną sytuacją przymknąłem drzwi i wycofałem się do naszej sypialni . Wszyscy jeszcze spali , Nie chcąc ich budzić ułożyłem się ponownie na posłaniu i mając przed oczami myjącą się kurę usnąłem. Nie wiem jak długo spałem , gdy nagle obudziła mnie bieganina i piskliwe głosy dziewczyn. Podniosłem głowę do góry i spojrzałem na stojącą przy drzwiach koleżankę.
-Co się stało ? - spytałem.
-Kura uciekła z piwnicy i próbujemy ją złapać - odpowiedziała Mariola.
Teraz przypomniałem sobie swoją wizytę w kotłowni. Musiałem niestety nie domknąć  za sobą drzwi i kura zwietrzyła swoją szansę dając dyla na korytarz.
-No bracie czas na łowy - szturchańcem podniósł mnie z posłania January.
Zanim jednak zdążyłem dotrzeć ze wsparciem dziewczyny zagoniły kurę z powrotem do kotłowni tym razem mocno zamykając za nią drzwi.
 Usiedliśmy do śniadania. Jako że nikt nie kwapił się wtajemniczyć mnie w sekret pojawienia się kury , zapytałem.
- Na litość boską , może ktoś mi powie skąd się wzięła ta kura?
Spojrzeli po sobie i zaczęli się śmiać na widok mojej konsternacji.
-Otóż przyjacielu drogi , ptaszysko one , które budzi twoją ciekawość zostało przekazane Tadeuszowi jako dar serca od niejakiego Zenka , który jak mniemam był nieodłącznym towarzyszem poprzedniego klechy i dzielił z nim zamiłowanie do niewyrafinowanych trunków - palnął na wstępie January i dodał
-Otóż ów Zenek przytargał w worku owe ptaszysko , przysięgając się na życie matki że to jego kura i że on ją na dobry początek księdzu ubił i przyniósł na rosół. Tadeusz wszelako nie dał wiary w jego zapewnienia i nie zaprosiwszy go do środka podziękował , co jak mniemam ubodło szlachetnego tubylca bo niezbyt kontent poczłapał w mrok.
Widząc jednakże w oczach moich głód wiedzy pospieszył z dodatkowym wyjaśnieniem.
-Jako że ptaszysko wydawało się być martwe zostawiliśmy je w worku w kotłowni , żeby dzisiaj na spokojnie zastanowić się co z nim począć...
-Reasumując , kura żyje i czeka na kata - przerwałem mu niecierpliwie.
-Istotnie mądrość przez ciebie przemawia , wszelako nikt nie chce się podjąć tego niewdzięcznego zadania , a nadmienię tylko że ptaszysko zdążyło już ze strachu zapaskudzić kotłownie i korytarz -
zakończył opowieść January.
Dopiero teraz zorientowałem się że wszyscy zebrani wpatrzeni we mnie , widzieli nie Mańka ale ostatnią deskę ratunku.
Postawiony w takiej sytuacji , poczłapałem niechętnie w stronę kotłowni.
-Ale nie będę jej skubał i rosołu też nie ugotuję -  na odchodne rzuciłem przez ramię.
Odpowiedziało mi złowróżbne milczenie.
 Ostrożnie uchyliłem drzwi do kotłowni . Kury nigdzie nie widziałem , tylko słyszałem stłumione gdakanie. Rozejrzałem się po pomieszczeniu w poszukiwaniu siekierki , którą używaliśmy do rąbania podpałki. Na szczęście leżała przy stercie drewna. Cicho nie budząc niepotrzebnego niepokoju w skazańcu ująłem broń i tak uzbrojony złapałem za skrzydła ptaszysko , które na szczęście szukało schronienia w rogu koło pieca , skąd nie miało już drogi odwrotu. Westchnąłem ciężko i położywszy jej łeb na murku na którym siedziała w nocy jednym uderzeniem zakończyłem krótki żywot. Niestety w ostatniej konwulsji wyrwała mi się z garści i pozbawiona głowy przez kilka chwil biegała szaleńczo aż serce pozbawione krwi , której smugi opryskały wszystko do koła przestało bić na zawsze.
 Z rękoma ubrudzonymi kurzą krwią , jak zbrodniarz stanąłem w drzwiach pokoju budząc przerażenie dziewczyn. Spojrzałem im po twarzach i zrozumiawszy co znaczyła złowróżbna cisza jaką mnie żegnano zawróciłem i powędrowałem do kotłowni oskubać i wypatroszyć rosoło-dawczynię. Jak się później okazało nikt oprócz mnie nie miał pojęcia o rozprawieniu kury ( a w zasadzie nioski jako że miała w sobie nie zniesione jajko) , którą zapewne Zenek ukradł z czyjegoś podwórka. Tak też i ugotowanie rosołu spadło na mnie.
 Wspomnę jeszcze że mięso z kury było łykowate i suche , a rosół do zjedzenia.
Zastanawiam się do dzisiaj co zaważyło na decyzji Dorotki  , a w zasadzie co rozbudziło w Dorotce uczucie , którym darzyła mnie do końca . Czy miłość jej urosła do takiej miary ot po prostu przez zakochanie , czy może wzmocniło ją to że widziała we mnie człowieka na wszystkie życiowe przeszkody , kochanego który zawsze o nią zadba i będzie się opiekował nią i rodziną (o której jak mi mówiła Ewa) zawsze marzyła.
Wróć do spisu treści