Przejdź do treści

Wpis 0711 - Miturinka

Zawsze pamiętaj że Cię Kocham
Pomiń menu
21-24.IX.2012 (Srebrne Gody cz.1)
 
 
   Są wspomnienia których się boję, które są jak wrząca woda w naczyniu na dnie którego leży bursztyn z inkluzją czegoś pięknego i niepowtarzalnego. Kusi cię żeby po niego sięgnąć, ale wiesz że będzie bolało i ten bul przysłoni piękno wydobytego obrazu. Są też wspomnienia, które mają charakter wspólny i mogą urazić czyjąś dumę moim punktem widzenia. I jedne i drugie są trucizną, której nie można wypluć z siebie. Kiedy będę gotowy na ból sięgnę po nie. Kiedy stracę resztkę przyzwoitości napiszę o Nich.
 
   Dzisiaj pozostaje mi tylko wygrzebywać z popiołu okruchy ocalałych myśli, ostygłych i tylko naszych.
 
 
Już niedługo była by nasza trzydziesta piąta rocznica ślubu. To przykre przeżywać ją samemu. Na pocieszenie pozostało mi wspominanie naszej dwudziestej piątej rocznicy.
 
   Wszystko miałem zaplanowane i prawie do ostatniej chwili ukrywałem swój plan przed Dorotką. Zarezerwowałem w hotelu „Mercure” pokój z widokiem na stare miasto. Wyjazd zaplanowałem na piątek dwudziestego pierwszego września. Mieliśmy spędzić w Gdańsku trzy dni. W drodze towarzyszył nam Paweł , który jechał na wesele do Dominika. Pozostawiliśmy go pod domem panny młodej w miejscowości gdzieś na Kaszubach i pojechaliśmy dalej. Przed wieczorem zakwaterowaliśmy się w hotelu. Pokój mieliśmy dość wysoko, chyba na jedenastym piętrze. Z okna pokoju rozpościerała się ładna panorama starego miasta, zwłaszcza wieczorem wyglądała magicznie. Po rozpakowaniu bagaży postanowiliśmy wybrać się na spacer na stare miasto. Ubrani odświętnie, trzymając się za ręce ruszyliśmy w stronę Bazyliki Mariackiej mijając po drodze zabytkową halę targową i Bazylikę św. Mikołaja. Nie spiesząc się, rozmawialiśmy o nadchodzącej rocznicy i podśmiewaliśmy się z siebie, młodej-starej pary.
 
-Pamiętasz jak moi rodzice obchodzili srebrne gody? Dostali od nas wszystkich zegar na ścianę – powiedziała Dorotka.
 
-Pamiętam. Wydawali mi się wtedy starzy – śmiejąc się potwierdziłem
 
-A teraz my mamy srebrne gody, a jak na Ciebie patrzę to wciąż widzę młodą dziewczynę i czuję się jakbym miał dalej te dwadzieścia pięć lat – dodałem ściskając ją mocniej za rękę.
 
-Przecież ja jestem już starą babą – opanowała z szelmowskim uśmiechem.
 
-Oj, żebym tej babie nie musiał dać po pysku za obrażanie mojej żony. Jak wrócimy do hotelu to Ci udowodnię jaka z ciebie jeszcze młódka. Pohasasz na koniku to Ci młodość wróci – zaprotestowałem i złapałem ją w pasie przyciągając do siebie.
 
-Ty erosomanie – powiedziała swoim zwyczajem, wyrywając się z moich ramion.
 
   Wieczór był ciepły jak na koniec września i dobry nastrój nam sprzyjał. Skręciliśmy w uliczkę św. Ducha i na chwilę wstąpiliśmy do bazyliki mariackiej na krótką modlitwę. Z bazyliki klucząc małymi uliczkami dotarliśmy do ulicy Długiej od strony Złotej Bramy. Choć był wieczór i już jesień, na Długiej było ludno. Po dłuższych poszukiwaniach udało nam się w końcu znaleźć jakiś wolny stolik w pobliskiej restauracji. Jako że zgodnie uznaliśmy że jesteśmy za młodzi na dwudziestopięciolecie, jak na młodych ludzi przystało zamówiliśmy pizzę. Nie wiem czy to jakaś magia, ale jaka by nie była, pizza zawsze nam smakowała gdy byliśmy razem. Do pizzy z uwagi na nasz młody wiek zamówiliśmy jakieś lokalne piwo i siedząc przy małym stoliku w patio przed restauracją jedliśmy, piliśmy i szturchając się nogami pod stolikiem żartowaliśmy ze wszystkiego. Zostawiwszy spory napiwek młodej dziewczynie która nas obsługiwała, trzymając się ponownie za ręce wracaliśmy do naszego pokoju na wysokościach. Dorotka opatuliła się swoją malowaną chustą jako że noc która nas zastała na spacerze była już raczej jesienna.
 
         Pozostałą jeszcze nam krótką część tak miłego dnia spędziliśmy na wylegiwaniu się w łożu małżeńskim przed telewizorem i popijaniu kawy zagryzanej słodyczami. Oczywiście nie zapomniałem o swoich „erosomańskich” pogróżkach. Zmęczonych, choć wypoczętych jednocześnie otulił nas sen w swoich objęciach. Pogrążony w nocnej ciszy, przytulając Dorotkę czułem jej miarowy równy oddech świadczący o tym że już śpi. Myśli moje spokojnie krążyły wokół przytulonej do mnie miłości. Jakie to przedziwne że w naszej świadomości zmienia się tylko otoczenie, a my zastygli w sobie wciąż pozostajemy niezmienni. Prawdziwa miłość nigdy się nie starzeje i dzięki niej my choć starsi wciąż jesteśmy tacy sami. Powtarzając to jak mantrę usnąłem.
Wróć do spisu treści