Zapowiadała się gorąca sobota . Pomyślałem że skoro o piątej rano jest 20°C to w południe będzie gorąco nie do wytrzymania. Zwlokłem się z materaca posłanego na podłodze i lepki od potu po nocy spędzonej bez przykrycia poczłapałem do łazienki. Chłodna woda była tak krzepiąca że po chwili nie pozostał ślad po nocnej mordędze. Dorotka jeszcze spała zaplątana w prześcieradło , pomyślałem że nie będę jej budził . Sam zajmę się mamą . Niech sobie pośpi do śniadania. Nieporadnie zabrałem się do mycia "babuszki" . Niestety już po chwili zorientowałem się , że nie jest to takie proste zajęcie , a biorąc pod uwagę że nie mam doświadczenia pomyślałem , że trochę mi zejdzie przy mamie. Dobrze że wstał tato to opchnę mu podanie leków i karmienie mamy .
Trzy zagotowane czajniki wody później kończyłem montowanie śniadania. Jednak zanim zdążyłem wszystko przygotować , wiedziona jakąś niewidzialną siłą pojawiła się Dorotka.
Trzy zagotowane czajniki wody później kończyłem montowanie śniadania. Jednak zanim zdążyłem wszystko przygotować , wiedziona jakąś niewidzialną siłą pojawiła się Dorotka.
- Trzeba było jeszcze pospać - powiedziałem
- Słyszałam że tłuczesz się w kuchni , a po za tym i tak musiałam wstać bo muszę wziąć leki- wyjaśniła
- Słyszałam że tłuczesz się w kuchni , a po za tym i tak musiałam wstać bo muszę wziąć leki- wyjaśniła
- Najpierw zjesz śniadanie , czy najpierw bierzesz leki? - zapytałem
- Wolę najpierw wziąć leki i za jakieś pół godziny zjemy śniadanie. - odpowiedziała
- To dobrze , zdążę zrobić jajecznicę i grzanki - ucieszyłem się
- Do picia kakao czy kawę Inkę wolisz. - dodałem wyglądając do niej z kuchni
- Do jajecznicy wolę herbatę. - odpowiedziała idąc z ręcznikiem pod pachą do łazienki
- OK , ok - wymamrotałem pod nosem
Śniadanie zjedliśmy gapiąc się na telewizję śniadaniową. Dopiero przy herbacie spisaliśmy listę zakupów i wstępny plan posiłków na dzisiejszy dzień. W sumie to potrzebne nam było tylko jedzenie do plecaka , jakieś kanapki i słodycze. W sklepie trzeba było kupić tylko słodycze , napoje i owoce. Fajne są takie dni kiedy wysiłek usprawiedliwia dużo , DUŻO słodkości , które niestety limitowaliśmy z uwagi na bilans kaloryczny dnia .
Trochę się bałem czy trasa jaką zaplanowałem nie będzie zbyt męcząca dla Dorotki , ale ona wydawała się być zadowolona że na cały dzień urwiemy się z domu. Dobrze że trasa prowadziła w większej części przez lasy bo w taki upał jaki się zapowiadał ciężko było by jechać pomimo tego że jazda na rowerze i tak jest o wiele przyjemniejsza niż bieganie.
W kuchni na blacie zostawiliśmy drugie śniadanie dla dziadków i kartkę z wytycznymi co do obiadu . Jeszcze raz sprawdziliśmy czy wszystko jest spakowane . Dopompowałem powietrza w oponach naszych rowerów i zatrzaskując za sobą furtkę pojechaliśmy nie spiesząc się w stronę miasta.
Trasę tak wybrałem żeby wiodła bocznymi drogami a od Trzebiatowa do Mielna już tylko ścieżkami rowerowymi.
Przepuściłem Dorotkę do przodu i dopasowałem się do jej prędkości . Patrząc jak zwykle na jej zaplecze lekko wysunięty do środka jezdni miałem wrażenie że chronię ją przed wyprzedzającymi nas samochodami.
- Jedź do przodu - jak zwykle upominała mnie Dorotka.
- Tak jest mi łatwiej jechać , nie muszę się oglądać do tyłu - jak zwykle odpowiedziałem
- A poza tym mam przed sobą to co kocham najbardziej oglądać - dodałem
- Starą babę - ironizowała
- Ale moją , a to bezcenne - uśmiechnąłem się szeroko
Klucząc pomiędzy wioskami po godzinie dotarliśmy do ścieżki rowerowej w Trzebiatowie . Ścieżkę tą wybudowano na nasypie po przedwojennej wąskotorówce . Wiodła ona wśród pól i łąk po bardzo płaskim terenie aż do samego Mrzeżyna. Każdy kto lubi spokojną turystyczną jazdę na rowerze powinien będąc w okolicy Trzebiatowa koniecznie przejechać się tą ścieżką , koniecznie w słoneczny dzień. Widoki po obydwu stronach ścieżki nieograniczone niczym sięgają do horyzontu , jakby opisane ręką naszego wieszcza oceany zieloności na których z rzadka ciche drzewa siedzą. Co jakiś czas były przygotowane miejsca z ławkami , gdzie można było odpocząć. My puki co nie zatrzymywaliśmy się . Plan był taki że przerwę zrobimy na plaży w dogodnym miejscu. Po pokonaniu odcinka ścieżki biegnącego drogą ułożoną z płyt jumbo przejechaliśmy przez Mrzeżyno i Rogowo , które z uwagi na wczesną porę dnia były opustoszałe. Ścieżka na tym odcinku biegła wśród sosnowego nadmorskiego lasu , gdzie szum drzew jakby echem naśladował do złudzenia szum morza. Można powiedzieć , że do niedawna Rogowo było zagubionym światem , gdzie nawet w szczycie sezonu można było zaznać na plaży ciszy w samotności. Po przekroczeniu kanału łączącego jezioro Resko Przymorskie z morzem nad którym zlokalizowany był port rybacki i przejechaniu Dźwirzyna (niestety po chodnikach) wjechaliśmy w końcu na genialną ścieżkę rowerową prowadzącą do Kołobrzegu. Tak właśnie wyobrażam sobie ideał dla turysty na rowerze. Las dookoła , szeroka bitumiczna ścieżka i co jakiś czas zerkające przez drzewa wydmy a za nimi morze.
Teraz już tylko czekaliśmy dogodnego zjazdu na plażę . Trochę to trwało , dopiero przy poniemieckiej wieży obserwacyjnej wbiliśmy się na plażę . Zestawiliśmy rowery ze sobą i ułożyliśmy się na piasku. Dookoła było jeszcze niewiele osób . Dorotka skierowała twarz do słońca i delektowała się jego promieniami .
- Chcesz coś słodkiego? - spytałem
- Daj Kinder Bueno - odpowiedziała z uśmiechem i nie otwierając oczu wyciągnęła rękę . Po chwili z nieukrywaną przyjemnością rozpuszczała w ustach kęs po kęsie delikatny batonik. Nie czekając aż skończy delektowanie się ulubionym smakołykiem pochyliłem się nad nią i lubieżnie oblizałem z jej ust resztki czekolady. Lekko uchyliła powieki i żartobliwie cytując Kiepskich powiedziała
- Ty mój "erosomanie".
- Żałuj maleńka że plaża nie jest pusta - wymruczałem jej na bezdechu do ucha i polizałem jej nos.
Żachnęła się niby to na serio i ręką przetarła twarz . Lubiłem jej to robić chociaż wiedziałem że nie przepada za taką pieszczotą. Jeszcze z pół godziny grzaliśmy się w słońcu , Dorotka z zamkniętymi oczami , ja z lekko przymrużonymi powiekami obserwując ludzi i w wyobraźni nadając im imiona i przypisując im tożsamość. Taka mała dewiacja z mojej strony , lubiłem nieznanym ludziom nadawać w wyobraźni cechy . Dla przykładu starszy pan leżący nieopodal za parawanem znanej marki piwa w mojej wyobraźni był nauczycielem akademickim a jego dużo młodsza aczkolwiek niezbyt urodziwa i zgrabna partnerka była studentką walczącą o zaliczenie (cóż okazało się niestety że był to ojciec z córką).
Widząc jaką przyjemność sprawiało Dorotce to "nic nie robienie" gotów byłem nie jechać dalej i zostać tu do wieczora. Ona jednak jakby słysząc myśli które kłębiły się w mojej głowie podniosła lekko głowę i zamglonym jeszcze wzrokiem patrząc za horyzont powiedziała cicho:
- Czas na nas.
Na potwierdzenie jej słów zacząłem pakować do plecaka rzeczy otrzepując je z piasku. Nie spiesząc się wróciliśmy na ścieżkę . Obydwoje mieliśmy to samo odczucie i jakby połączeni niewidzialną nicią spojrzeliśmy na siebie w tym samym momencie a nasze uśmiechy pocałowały się.
- Wolę najpierw wziąć leki i za jakieś pół godziny zjemy śniadanie. - odpowiedziała
- To dobrze , zdążę zrobić jajecznicę i grzanki - ucieszyłem się
- Do picia kakao czy kawę Inkę wolisz. - dodałem wyglądając do niej z kuchni
- Do jajecznicy wolę herbatę. - odpowiedziała idąc z ręcznikiem pod pachą do łazienki
- OK , ok - wymamrotałem pod nosem
Śniadanie zjedliśmy gapiąc się na telewizję śniadaniową. Dopiero przy herbacie spisaliśmy listę zakupów i wstępny plan posiłków na dzisiejszy dzień. W sumie to potrzebne nam było tylko jedzenie do plecaka , jakieś kanapki i słodycze. W sklepie trzeba było kupić tylko słodycze , napoje i owoce. Fajne są takie dni kiedy wysiłek usprawiedliwia dużo , DUŻO słodkości , które niestety limitowaliśmy z uwagi na bilans kaloryczny dnia .
Trochę się bałem czy trasa jaką zaplanowałem nie będzie zbyt męcząca dla Dorotki , ale ona wydawała się być zadowolona że na cały dzień urwiemy się z domu. Dobrze że trasa prowadziła w większej części przez lasy bo w taki upał jaki się zapowiadał ciężko było by jechać pomimo tego że jazda na rowerze i tak jest o wiele przyjemniejsza niż bieganie.
W kuchni na blacie zostawiliśmy drugie śniadanie dla dziadków i kartkę z wytycznymi co do obiadu . Jeszcze raz sprawdziliśmy czy wszystko jest spakowane . Dopompowałem powietrza w oponach naszych rowerów i zatrzaskując za sobą furtkę pojechaliśmy nie spiesząc się w stronę miasta.
Trasę tak wybrałem żeby wiodła bocznymi drogami a od Trzebiatowa do Mielna już tylko ścieżkami rowerowymi.
Przepuściłem Dorotkę do przodu i dopasowałem się do jej prędkości . Patrząc jak zwykle na jej zaplecze lekko wysunięty do środka jezdni miałem wrażenie że chronię ją przed wyprzedzającymi nas samochodami.
- Jedź do przodu - jak zwykle upominała mnie Dorotka.
- Tak jest mi łatwiej jechać , nie muszę się oglądać do tyłu - jak zwykle odpowiedziałem
- A poza tym mam przed sobą to co kocham najbardziej oglądać - dodałem
- Starą babę - ironizowała
- Ale moją , a to bezcenne - uśmiechnąłem się szeroko
Klucząc pomiędzy wioskami po godzinie dotarliśmy do ścieżki rowerowej w Trzebiatowie . Ścieżkę tą wybudowano na nasypie po przedwojennej wąskotorówce . Wiodła ona wśród pól i łąk po bardzo płaskim terenie aż do samego Mrzeżyna. Każdy kto lubi spokojną turystyczną jazdę na rowerze powinien będąc w okolicy Trzebiatowa koniecznie przejechać się tą ścieżką , koniecznie w słoneczny dzień. Widoki po obydwu stronach ścieżki nieograniczone niczym sięgają do horyzontu , jakby opisane ręką naszego wieszcza oceany zieloności na których z rzadka ciche drzewa siedzą. Co jakiś czas były przygotowane miejsca z ławkami , gdzie można było odpocząć. My puki co nie zatrzymywaliśmy się . Plan był taki że przerwę zrobimy na plaży w dogodnym miejscu. Po pokonaniu odcinka ścieżki biegnącego drogą ułożoną z płyt jumbo przejechaliśmy przez Mrzeżyno i Rogowo , które z uwagi na wczesną porę dnia były opustoszałe. Ścieżka na tym odcinku biegła wśród sosnowego nadmorskiego lasu , gdzie szum drzew jakby echem naśladował do złudzenia szum morza. Można powiedzieć , że do niedawna Rogowo było zagubionym światem , gdzie nawet w szczycie sezonu można było zaznać na plaży ciszy w samotności. Po przekroczeniu kanału łączącego jezioro Resko Przymorskie z morzem nad którym zlokalizowany był port rybacki i przejechaniu Dźwirzyna (niestety po chodnikach) wjechaliśmy w końcu na genialną ścieżkę rowerową prowadzącą do Kołobrzegu. Tak właśnie wyobrażam sobie ideał dla turysty na rowerze. Las dookoła , szeroka bitumiczna ścieżka i co jakiś czas zerkające przez drzewa wydmy a za nimi morze.
Teraz już tylko czekaliśmy dogodnego zjazdu na plażę . Trochę to trwało , dopiero przy poniemieckiej wieży obserwacyjnej wbiliśmy się na plażę . Zestawiliśmy rowery ze sobą i ułożyliśmy się na piasku. Dookoła było jeszcze niewiele osób . Dorotka skierowała twarz do słońca i delektowała się jego promieniami .
- Chcesz coś słodkiego? - spytałem
- Daj Kinder Bueno - odpowiedziała z uśmiechem i nie otwierając oczu wyciągnęła rękę . Po chwili z nieukrywaną przyjemnością rozpuszczała w ustach kęs po kęsie delikatny batonik. Nie czekając aż skończy delektowanie się ulubionym smakołykiem pochyliłem się nad nią i lubieżnie oblizałem z jej ust resztki czekolady. Lekko uchyliła powieki i żartobliwie cytując Kiepskich powiedziała
- Ty mój "erosomanie".
- Żałuj maleńka że plaża nie jest pusta - wymruczałem jej na bezdechu do ucha i polizałem jej nos.
Żachnęła się niby to na serio i ręką przetarła twarz . Lubiłem jej to robić chociaż wiedziałem że nie przepada za taką pieszczotą. Jeszcze z pół godziny grzaliśmy się w słońcu , Dorotka z zamkniętymi oczami , ja z lekko przymrużonymi powiekami obserwując ludzi i w wyobraźni nadając im imiona i przypisując im tożsamość. Taka mała dewiacja z mojej strony , lubiłem nieznanym ludziom nadawać w wyobraźni cechy . Dla przykładu starszy pan leżący nieopodal za parawanem znanej marki piwa w mojej wyobraźni był nauczycielem akademickim a jego dużo młodsza aczkolwiek niezbyt urodziwa i zgrabna partnerka była studentką walczącą o zaliczenie (cóż okazało się niestety że był to ojciec z córką).
Widząc jaką przyjemność sprawiało Dorotce to "nic nie robienie" gotów byłem nie jechać dalej i zostać tu do wieczora. Ona jednak jakby słysząc myśli które kłębiły się w mojej głowie podniosła lekko głowę i zamglonym jeszcze wzrokiem patrząc za horyzont powiedziała cicho:
- Czas na nas.
Na potwierdzenie jej słów zacząłem pakować do plecaka rzeczy otrzepując je z piasku. Nie spiesząc się wróciliśmy na ścieżkę . Obydwoje mieliśmy to samo odczucie i jakby połączeni niewidzialną nicią spojrzeliśmy na siebie w tym samym momencie a nasze uśmiechy pocałowały się.
