Przejdź do treści

Wpis 0620 - Miturinka

Zawsze pamiętaj że Cię Kocham
Pomiń menu
24.III.2022 (Zanim poznałem Dorotkę - Rajd 09-10.1979) Cz.1
Nazwa „Rajd” mogła by się kojarzyć z rajdem samochodowym. Nic jednak bardziej mylnego. Rajd na który miałem się wybrać był raczej formą stacjonarnego biwaku harcerskiego niż wędrownym obozem. 
 Nie zagłębiając się jednak w przyczyny nazewnictwa biwaku na który mieliśmy jechać był to biwak pod egidą ZHP , choć tak naprawdę to nie widziałem tam żadnego harcerza , a przynajmniej umundurowanego harcerza.
Na biwak jechały z naszej klasy cztery osoby. Byłem ja mój kolega Andrzej i dla wyrównania sił koleżanka Magda i Kaśka. Ponadto jechało jeszcze kilka osób z naszej szkoły. Między innymi amator motorowerów Kaziu.
Biwak miał mieć miejsce nad Zalewem Szczecińskim , dokładnie nie pamiętam gdzie . Dotrzeć na miejsce mieliśmy w mniej lub bardziej zorganizowanych grupach na własny koszt.
Wybierałem się na biwak bez specjalnych emocji. Wolał bym raczej zostać z kumplami w Gryficach niż ciągać się kawał drogi po to tylko żeby brać udział w podchodach , piec kiełbaski przy ognisku i śpiewać głupawe piosenki w stylu „Płonie ognisko...”
Podróż pociągiem odbyliśmy w milczeniu. Tak na oko to wszyscy mieli podobne dylematy.
Jedynym człowiekiem , który wydawał się być zadowolony był Andrzej.
- Co ci tak wesoło? – zapytałem
- Człowieku imprezka się szykuje – odpowiedział pogwizdując z wyraźnym zadowoleniem
- Kurde nie wiedziałem , że lubisz harcerskie przygody – zażartowałem złośliwie
- Jakie harcerskie przygody? – i pogwizdując dalej zanucił – lubię życie druha , druha Bo..rucha.
Nie mogąc się z nim dogadać skupiłem się na oglądaniu krajobrazu za oknem i domykaniu drzwi od przedziału , które z uporem maniaka otwierały się przy każdym lekkim hamowaniu pociągu.
Po dotarciu do stacji przesiadkowej w dalszą podróż mieliśmy wyruszyć autobusem PKS.
Na miejscu okazało się że z rozkładu wypadł kurs o 1720 i musieliśmy czekać dobrą godzinę na następny autobus. Dla zabicia czasu graliśmy z Andrzejem w karty. Inni natomiast rozeszli się po okolicy w poszukiwaniu sklepu. Następny autobus przyjechał jakiś kwadrans przed czasem i na nic zdały się nasze prośby żeby zaczekać do planowej godziny odjazdu. Pan kierowca spieszył się na wesele i uznał że musi nadrobić czas za kurs który wypadł z rozkładu. Tak więc pojechaliśmy dobre dziesięć minut przed czasem.
Na pierwszy rzut oka byliśmy w komplecie , ale jak się później okazało nie całkiem , a dodatkowo  myliliśmy się  sądząc iż następny przystanek będzie już miejscem naszego biwaku.
We wsi w której wysiedliśmy czekała na nas biała „NYSKA” , która miała nas dowieźć do biwakowiska oddalonego o dobre cztery kilometry. Jak się potem okazało samo miejsce biwaku było tak zaszyte w lesie nad zalewem że trudno było by tam trafić po raz drugi.
       Biała „NYSKA” kolebiąc się niemiłosiernie na wybojach leśnej drogi dowiozła nas do celu. Na dużej polanie stały dwa duże wojskowe namioty i było również przygotowane miejsce na ustawienie namiotów dla uczestników biwaku. W niecałą godzinę rozbiliśmy nasze dwa podwójne namioty i poszliśmy rozejrzeć się po okolicy.
 Polana była wielkości boiska piłkarskiego. Od wód zalewu dzieliła na ściana drzew. Woda dochodziła do samej ściany lasu tak że korzenie drzew zanurzały się w wodzie. Nad samą wodą był jedynie lichy pomost dla wędkarzy i trzcina gęstniejąca po brzegach zatoczki. W tych warunkach nie było mowy o kąpieli. Na szczęście pogoda nie sprzyjała.
Jakież było moje zdziwienie gdy okazało się że plan zajęć naszego biwaku sprowadzał się do podania godzin posiłków i wyjątkowo w dniu jutrzejszym przed obiadem dwie godziny przewidziane na zajęcia sportowe.
Powoli zaczęła wyjaśniać się tajemnica dobrego humoru Andrzeja. Mieliśmy po prostu cały czas do własnej dyspozycji.
- Maniek bierz plecak i idziemy do sklepu po prowiant – zarządził Andrzej
Bez słowa sprzeciwu wywaliłem wszystko z mojego brezentowego plecaka i powędrowałem posłusznie za Andrzejem wąską ścieżką prowadzącą przez las.
Po niespełna dziesięciu minutach ścieżka wyłoniła się z lasu i po chwili znaleźliśmy się na skraju PGR-owskiej wsi. Centralnym punktem wsi był klubo-sklep. Na trawniku przed klubo-sklepem zalegał kwiat miejscowej młodzieży. Miałem lekkiego pietra patrząc na ich nieprzyjazne spojrzenia. Andrzej jednak wydawał się pewny swego co dodało mi odwagi.
- Patrzcie na gnojków , będą znowu się szlajały po wsi – rzucił przez zęby jakiś sinawy na twarzy jegomość z misternie ugniecioną na głowie czapką i następnie splunął rdzawą śliną na trawę.
Nim jego słowa zdążyły dotrzeć do pozostałych powietrze przeszył inny szczekliwy głos:
- Zostaw panów harcerzy w spokoju albo będziesz pił tylko wodę ze studni – krzyknęła kobieta ubrana w biały dederonowy fartuch nadgryziony zębem czasu .
Wizja spożywania wody ze studni musiała mocno zaniepokoić owego jegomościa gdyż bez słowa sprzeciwu obrócił się na pięcie i odszedł. Pozostali stracili zainteresowanie naszymi osobami i powrócili do wcześniej przerwanych zajęć.
- Dzień dobry pani Janeczko – rzucił wesoło Andrzej
- A szczęść Boże , szczęść Boże panu wychowawcy – odparła przyjaźnie sklepowa
- Jak tam handel? Kwitnie? – kontynuował Andrzej
- Jaka klientela taki handel – odparła i wymownym gestem wskazała na klientów zalegających na trawniku przed klubo-sklepem
- Pani Janeczko proszę to co zwykle i jeszcze dwa słodkie wina –przystąpił do rzeczy
Pani Janeczka zdjęła z półki butelkę żubrówki , podała wina i dwie butelki bułgarskiego soku z brzoskwiń.
- Na długo tym razem ?– zapytała zaciekawiona
- Tylko do jutra – wyjaśnił Andrzej i zgarniając resztę skierował się do drzwi
W drodze powrotnej aż mnie skręcało , żeby zapytać Andrzej skąd ta znajomość. Chyba było to wymalowane na mojej twarzy bo Andrzeja spojrzawszy na mnie sam wyjaśnił:
- Bywało się na obozach. - powiedział
- A ten pan wychowawca? – zapytałem
- Maniek przecież dzieciom alkoholu nie sprzedają – skwitował
Nic już nie musiał dodawać , jako że już wtedy wyglądał na dojrzałego mężczyznę i bez problemu mógł uchodzić za naszego nauczyciela. Lekko łysiejąca łepetyna z mocnym zarostem o ostrych męskich rysach sprawiały że sam bym go wziął za wychowawcę.
Na kolację była zupa rybna. Co do tego że była „rybna” nie miałem wątpliwości. Z talerza zerkało na mnie ślepie tytułowej ryby. Natomiast określenie „zupa” było użyte mocno na wyrost.
Suma summarum kolacji nie zjadłem , co może i okazało się zbawienne biorąc pod uwagę menu przewidziane przez Andrzeja na dzisiaj.
Tego wieczoru po raz kolejny zrozumiałem jak mało wiedziałem o życiu. Kiedy już myślałem że nic mnie nie zaskoczy ze zdziwieniem spostrzegłem , że oprócz alkoholu kolega miał jeszcze w zanadrzu jeden plan . Gdy z braku innego zajęcia leżałem w namiocie z rękoma założonymi pod głowę , jak po ogień wpadł do niego Andrzej.
- Maniek ja biorę żubrówkę i idę z Kaśką na pomost – rzucił wybebeszając nasze zakupy
- Dobra idę z wami – odparłem zadowolony że coś się dzieje
- Czy ja mówię nie wyraźnie? Powiedziałem idę a nie idziemy. Tobie zostawiam dwa wina i rób sobie co chcesz – zgasił mnie i już go nie było
No tak , on miał w palnie wystartować do Kaśki. A ja robiłem za parawan. Nie zmartwiło mnie to specjalnie. Postanowiłem położyć się spać. Na picie w samotności byłem zbyt porządny.
 Nie dane mi jednak było spokojnie zasnąć. Ledwie się ułożyłem na boku gdy wparowała do namiotu równie gwałtownie co Andrzej , Magda.
- Jest Andrzej? – zapytała i znając chyba odpowiedź dodała – macie coś do picia?
- Jest wino , mogę otworzyć – odpowiedziałem gramoląc się ze śpiwora
- Jakie? – zapytała , a zobaczywszy butelkę pokiwała głową i powiedziała – idę po kubek a ty działaj
Łatwo powiedzieć "działaj" . W życiu nie otwierałem wina , a już na pewno nie po ciemku.
 Wino okazało się być zamknięte plastikowym korkiem zachodzącym kołnierzem aż na szyjkę. Żeby dobrać się do zawartości trzeba było rozciąć kołnierz. Do rozcięcia kołnierza użyłem scyzoryka , który niestety rozciął też mój palec omykając się na szkle butelki. Po krótkiej szamotaninie udało mi się zdjąć korek z butelki i nie bacząc na krwawiący palec chciałem się wygramolić przed namiot. W połowie tej czynności zjawiła się Magda z kubkiem w ręku i nie czekając aż skończę się wyczołgiwać z namiotu nalała sobie wina do kubek wyrywając z mojej zakrwawionej ręki butelkę . Nim zdążyłem znaleźć jakieś naczynie dla siebie , nalała i wypiła jednym łykiem kolejną porcję wina. Mrok skrywał nasze twarze ale czułem że wino zaczyna na nią działać.
- Dobre to wino , czerwone... - nieświadomy kontekstu wypowiedzi przerwałem jej
- Bo rozwaliłem sobie rękę scyzorykiem i cała butelka jest w mojej krwi - tłumaczyłem.
Popatrzyła na mnie jak na idiotę nie rozumiejąc o czym mówię i dodała
-Szkoda że nie ma Andrzeja no i Kaśki – a głos zaczynał się jej łamać.
Naiwności moja , dopiero teraz zaczynałem rozumieć złożoność sytuacji. Andrzej jechał na biwak z powodu Kaśki , Magda z powodu Andrzej a ja bo mnie w to wmanewrowali. Jedyny plus to wino, które zostawił mi na pocieszenie. Na moje szczęście było na tyle ciemno że Magda nie mogła zobaczyć mojej baraniej miny .
- Maniek jak myślisz , dlaczego oni poszli bez nas? – zapytała , chyba ze łzami w oczach
- Magda co ty gadasz , Andrzej mnie namawiał , ale nie chciało mi się iść w nocy nad wodę – skłamałem żeby jej nie dobijać
-Chciał żebyś poszedł z nim ? – spytała przecierając (chyba) ręką oczy
-Tak mówił , że wy przyjdziecie i będzie fajne –kłamałem dalej...
-Tak mówił ?– pytała szarpiąc mnie za ramię
- Był nawet zły że nie idę , bo chciał żebym zagadał z Kaśką – przywaliłem już całkiem z grubej rury , bo żal mi się jej zrobiło
- Tak mówisz ! – zawołała i wyczołgując się z namiotu poszła chwiejnym krokiem w kierunku pomostu rozlewając resztkę wina na moje spodnie.
Nie pozostało mi nic innego jak tylko modlić się , że nie zastanie ich całujących się bo gotowa była by się chyba utopić. Otworzyłem drugą butelkę wina , ponieważ z pierwszej (nie licząc plamy na spodniach) nie wiele przypadło mi w udziale. Zostawiwszy dla innych konwenanse wypiłem wino prosto z butelki. Jeszcze zanim wino zaczęło szumieć mi w głowie usłyszałem niemiłosierny rumor i czyjś rozgorączkowany głos wołający tuż z za namiotu.
-Magda , Magda gdzie jesteś! - nawoływał Andrzej.
- Tu jej nie ma – odparłem niepewny tego co się wydarzyło na pomoście.
- A to ty Maniek. A gdzie ona jest? – pytał depcząc w ciemności moje upaprane winem i krwią spodnie
- Nie mam pojęcia , poszła do was – warknąłem spychając go z moich nóg
- Co się denerwujesz. – odparł Andrzej i usłyszawszy pojękiwania nieopodal w ciemności popędził tam wołając – Magda! Magda!
Koszmar prawdziwy a nie noc przy harcerskim ognisku. Już miałem zamiar wpakować się do namiotu i korzystając z ciepła jakie zaczęło krążyć mi w żyłach razem z wypitym winem położyć się spać , gdy znowu czyjeś ciche (tym razem) kroki zaczęły zbliżać się do namiotu od strony zalewu.
- Boże! – pomyślałem – czy myśmy nie rozbili namiotu na środku drogi , taki tu ruch.
- Magda? – cicho zapytał czyjś głos
-Tak! – poirytowany pisnąłem falsetem nie podejrzewając w co się pakuję
- Magda , przepraszam że tak wyszło. Andrzej mnie okłamał , powiedział że poszliście z Mańkiem po wino do wsi i że zaraz przyjdziecie.
Zaniemówiłem nie wiedząc jak wybrnąć z tej trudnej sytuacji. Ale Kaśka (bo to był jej głos) ciągnęła dalej:
-       Ja mu powiedziałam , że ty go bardzo lubisz , a że dla mnie jest tylko jak brat - i dodała - Przepraszam ale to nie było to co myślisz...
Monolog przerwały jej czyjeś kroki szybko zbliżające się do namiotu od strony zalewu.
-       Kasia! Kasia! – wołał czyjś męski głos
-       Nie było mnie tutaj? – szepnęła błagalnie Kaśka i już jej nie było
-       Kasia to ty? – zapytał ponownie czyjś męski głos wchodząc nam prawie na namiot
-       Czy ja kur.. wyglądem na dziewczynę –huknąłem wściekły
-       O przepraszam , ale wydawało mi się że ją widziałem. Jeszcze raz przepraszam. – wybełkotał nieznajomy i zaczął się powoli wycofywać do tyłu zahaczając jeszcze o naciąg od namiotu i pakując się tyłkiem w krzaki.
-       Koniec – wymamrotałem pod nosem – idę spać to nie na moje nerwy
Wpakowałem się do namiotu i nie czekając na następną nieoczekiwaną wizytę zamknąłem oczy dając upust zmęczeniu przyprawionemu butelką wina. Już prawie zasnąłem , gdy rozchyliły się lekko poły namiotu i czyjś cichy głos szepnął mi na dobranoc:
-       Dziękuję
Już nie wiem kto mi dziękował. Czy Magda ,że ją okłamałem i w ten sposób została dziewczyną Andrzeja , czy Andrzej ,że okłamałem Magdę i dzięki temu zyskał nową dziewczynę , czy też Kaśka że dzięki kłamstwu uwolniłem ją od Andrzeja i uratowałem od zalotów nieznajomego adoratora.
Dzięki bogu już nic nie zakłóciło mojego ciężkiego snu.
Wróć do spisu treści