07-08.1988 (Pierwsze wakacje)
Życie na rozbiegu, jeszcze trochę jak miesiąc miodowy choć już prawie rok po ślubie. Cieszyliśmy się na te dwa tygodnie w Pogorzelicy, a jako że lato w tym roku było ciepłe i suche tym bardziej czekaliśmy z utęsknieniem na wyjazd nad morzem.
Długie oczekiwanie dobiegło w końcu kresu, w pogodny letni dzień objuczeni tobołkami wysiadaliśmy z autobusu PKS w nadmorskiej miejscowości wczasowej, opustoszałej z uwagi na przedpołudniową, plażową porę. Czekał nas jeszcze spacer jako że ośrodek wczasowy POLMOZBYTU znajdował się na samym końcu miejscowości. Na miejscu (przed bramą) przywitał nas (to znaczy mnie i Dorotkę) tato Kazimierz. Poinstruowani przez niego musieliśmy tylko nie rzucając się w oczy przemknąć obok kempingu zajmowanego przez kierowniczkę ośrodka i już mogliśmy pełną piersią odetchnąć tak dobrze znaną w tamtych latach mieszaniną zapachu żywicznego lasu przesyconego morską bryzą i niezapomnianego zaduchu wilgoci. Zastanawiam się dlaczego w dzisiejszych czasach, czasach mody na PRL nikt nie produkuje odświeżaczy powietrza z taką nutą zapachową, moim zdaniem był by to hit. Radość malowała się na naszych twarzach. Trudno uwierzyć że powodem tej radości był kemping zbudowany z płyt pilśniowych o powierzchni około piętnastu metrów kwadratowych składający się z czegoś w rodzaju kuchenki i sypialni, bez toalety, a nie luksusowy bungalow w egzotycznym kraju.
Tak więc zajmowaliśmy ten domek marzeń w czworo ( a czasami i pięcioro). Oprócz mnie, Dorotki i taty była jeszcze Ewa i na kilka dni dokwaterowała się Kaczucha. Zapomniał bym jeszcze o jednym wczasowiczu, naszym kochanym Pawełku, który miał wtedy siedem miesięcy i pławił się w luksusach ciążowego brzuszka Dorotki. Tak, tak, nasza rodzina miała się niedługo powiększyć. Nie ma nic wspanialszego dla zdrowia ciężarnej kobiety jak nadmorski wypoczynek w słoneczne letnie dni.
Nasz harmonogram zajęć był mało wymagający. Dzień zaczynaliśmy od porannej, wymuszonej pobudki dla trójki delegatów na śniadanie w stołówce, bodajże Łódzkiego Ośrodka Zakładów Chemicznych i potajemne dostarczenie czegoś do zjedzenia dla pozostałego w bungalowie mieszkańca. Następnie w zależności od pogody plażowanie, po plażowaniu ponowny kurs na stołówkę po obiad, ponowne plażowanie i po ostatnim kursie na kolację zajęcia z samorozwoju społecznego i sportowego. Z uwagi na zaawansowaną ciążę Dorotka popołudniową część zajęć spędzała na leżaku, a w zajęciach sportowo socjalnych udzielaliśmy się Ewa i ja. Nie wiem czy dobrze pamiętam ale z uwagi na to, pozostali wespół wczasowicze mieli problem z ustaleniem relacji panujących w naszej gromadce. Całość życia towarzyskiego naszego turnusu była skupiona wokół świetlicy znajdującej się w największym budynku na terenie ośrodka i reprezentującej go osobie charyzmatycznego kaowca. W świetlicy znajdował się jedyny telewizor i jako taki był celem wieczornych pielgrzymek amatorów dziennika telewizyjnego i nadawanego po nim filmu, lub teatru telewizji. Niektórzy ze współczesnych mogą nie mieć świadomości jak w tamtych czasach funkcjonowała telewizja. Nie było reklam, a cała ramówka była identyczna codziennie. Rano godzinny blok programowy dla dzieci i młodzieży, następnie programy dla rolników i w okresie pomiędzy wakacjami, programy edukacyjne (na przykład: Telewizyjne Technikum Rolnicze itp.) . Po południu ponownie jakiś blok programowy dla dzieci i młodzieży i programy o tematyce gospodarczo-społecznej. Wieczorem, dobranocka, dziennik telewizyjny i wisienka na torcie, film lub teatr. Jedyna różnorodność w tej monotonności polegała na sztywnym ustaleniu na każdy dzień tygodnia tematyki programów dla dzieci i młodzieży i wieczornych filmów. Tak dla przykładu w poniedziałek nadawany był teatr telewizji w czwartek popularna Kobra (teatr o tematyce kryminalnej) lub film kryminalny itd. Miało to niewątpliwie swoje zalety nie marnowało się zbyt dużo czasu na jałowe oglądanie telewizyjnych bzdur. Czas ten wypełniały bezpośrednie relację międzyludzkie, co jak mniemam miało decydujący wpływ na większą zażyłość nie tylko pomiędzy członkami rodziny ale w ogóle pomiędzy ludźmi.
Wracając pamięcią do tamtych chwil widzę moją Dorotkę ubraną w luźną ciążową sukienkę z przewiewnego materiału z wypłowiałymi od słońca blond włosami i oliwkową opalenizną na uśmiechniętej twarzy. To w tamtych dniach utrwalił się już na całe życie mój sentyment do zapachu rozgrzanej słońcem opalonej skóry. Od tamtego czasu zawsze kiedy byliśmy na plaży, ukradkiem przytulałem swoją twarz do jej ramion i cieszyłem zmysły tym zapachem. Dzisiaj niestety już jestem tego pozbawiony i czasami w akcie desperacji mrużę oczy i delikatnie wciągając powietrze nosem szukam resztek tego zapachu na własnej skórze. Do południa czas spędzaliśmy na plaży, po południu graliśmy w badmintona lub siatkówkę. Dni mijały nam w ciszy i spokoju aż do chwili kiedy pani kierownik ośrodka poprosiła tatę na rozmowę na osobności. Kiedy wrócił do nas był wyraźnie poddenerwowany i jakby speszony. Okazało się że został obsobaczony przez kierowniczkę za naszą obecność na terenie ośrodka bez jej wiedzy. Wytłumaczyła mu że wystarczyło ją powiadomić i opłacić opłatę klimatyczną , ją nie interesowało czy mieliśmy wykupione wczasy, ale już za przebywanie osób bez meldunku i opłaty mogła mieć nieprzyjemności jako że była to strefa nadgraniczna. Jeszcze do następnego dnia tato był nieswój i dopiero kiedy przywiózł z domu koszyk pełen owoców ze swojej działki i za ich pomocą przeprosił kierowniczkę odpuściło mu i dni potoczyły się znowu swoim spokojnym rytmem.
Wspomniany wcześniej kaowiec miał być głównym animatorem życia kulturalno-rozrywkowego wczasowiczów. Jednak jako że wypoczywający ludzie woleli spędzać czas po swojemu, zgromadził przy sobie tylko niewielką grupę 20-30 latków i animował razem z nimi wieczorne życie towarzyskie. Nawet można powiedzieć że udało mu się stworzyć elitarny klub wybitnych wczasowiczów budzących nieukrywaną zazdrość niektórych panów szczególnie dozorowanych przez swoje małżonki. Wszystko odbywało się pod szyldem kursu nauki tańca (przyznam że dzięki niemu załapałem prosty ruch nogami na dwa na bazie którego dało się zatańczyć prawie wszystko). Punktem kulminacyjnym był wieczorek taneczny na którym mało kto tańczył i wybór króla i królowej turnusu. Jak można było przewidzieć, królem turnusu został jednogłośnie okrzyknięty kaowiec, a królową turnusu została moja kochana ciężarna Dorotka. Udekorowani zostali szarfami z papieru toaletowego i chyba zatańczyli królewski taniec.
Była jeszcze jedna śmieszna a może kuriozalna sytuacja, która utkwiła mi w pamięci. Jako że kempingi nie posiadały zaplecza sanitarnego, na uboczu centralnego placu ośrodka wybudowany był długi murowany budyneczek składający się z kabin WC zamykanych drewnianymi drzwiami każda osobno. Nasz kemping był położony również na skraju tego placu. Dzięki czemu widzieliśmy osoby przemykające się w to miejsce odosobnienia z papierem toaletowym w dłoni, co było jawnym znakiem gdzie i po co pędzą. Wyjątkiem był pewien pan w średnim wieku bodajże ze śląska. Ów wczasowicz nigdy się nie spieszył, kroczył majestatycznie z gazetą zatkniętą pod pachę. W równie majestatyczny sposób zajmował pozycję w kabinie zsunąwszy do kostek niezbędną część odzieży i przy otwartych szeroko drzwiach oddawał się defekacji wertując gazetę, lub co bardziej dziwne patrząc na plac i pozdrawiając z uśmiechem wespół wczasowiczów. Pierwotnie myśleliśmy, że przez pośpiech lub niedopatrzenie zostawił otwarte drzwi. Nasze wątpliwości rozwiały jednak kolejne jego wizyty w WC wyglądające w sposób analogiczny. Do dziś nie mam pojęcia jaka była jego intencja czy też skąd wzięło się to dziwactwo. Jedno jest pewne, jak długo żyję nie spotkałem się z takim ekstrawertyzmem i zapomnieć się tego nie da.
Rok 1988 był rokiem pierwszej wspólnej wiosny ,pierwszych Naszych rodzinnych wakacji i urodzin naszego pierwszego dziecka. W tym roku zmieniło się nasze życie, był to też ostatni rok przed definitywnym upadkiem socjalizmu w Polsce.
