I znowu w drogę . Tym razem najpierw długi zjazd a następnie pod górę . Po drodze mijamy co jakiś czas innych rowerzystów i pozdrawiamy się delikatnym gestem ręki . Tylko "zawodowcy" nie pozdrawiają nikogo , być może są tak skupieni na treningu że nas nie zauważają . Ja najchętniej bym zmienił dłoń podniesioną do pozdrowienia w pojedynczy środkowy palec , ale za każdym razem słyszę gdzieś z bliska głos Dorotki:
- Mariusz daj spokój , niech sobie jedzie .
Te słowa i marsowa mina sprawiają że palec jak zaczarowany nie da się wyprostować.
Sarbinowo , ile razy słyszę tę nazwę przypominają mi się Noce i Dnie .Niestety to czysto fonetyczne skojarzenie , bo jak mówił przy okazji ubiegłorocznej naszej wycieczki szwagier , w nocach i dniach był Serbinów . Nic to jednak nie zmienia , za każdym razem jak by na przekór myślę o Niechcicach . A więc Sarbinowo , jak rok temu tłoczne , wąskie i z posadowionym na wzniesieniu kościołem , starą modłą zbudowanym jak by na środku drogi co sprawia że droga musi go łukiem omijać. Główne zejście nad może nieopodal kościoła pełne być może miłośników Nocy i Dni. To skojarzenie wydaje mi się jedyną atrakcją tej miejscowości . Być może są inne ale ich nie zauważyłem . Na wyjeździe z Sarbinowa zagadka. Gdzie jest ścieżka rowerowa? Nie mogąc rozwiązać tej szarady pojechaliśmy drogą asfaltową i na skrzyżowaniu skręciliśmy na Mielenko. Na szczęście ruch był znikomy i w miarę bezpiecznie dotarliśmy do Mielenka mijając w oddali Chłopy . I znowu nieszczęsne skojarzenie , patrząc na widniejącą w oddali miejscowość Chłopy mam przed oczami plażę pełną golasów w średnim wieku , jak żywo przypominającą plażę w Chałupach widzianą na początku lat 80-tych. Chyba tylko to "CH" jest nicią łączącą obydwie miejscowości.
Teraz już tylko przejazd główną ulicą Mielenka i dotarliśmy do Mielna. Jak przystało na plażę miasta Koszalina ludzi mrowie , samochodów niekończący się sznur . Zniechęceni tym zaludnieniem zatrzymaliśmy się przy kolorowym napisie Mielno żeby zrobić sobie pamiątkową fotkę jako dowód że dotarliśmy do miejscowości którą teoretycznie chcieliśmy odwiedzić w ubiegłym roku.
- Wyślij zdjęcie do Marka - poprosiłem
- Czekaj zrób najpierw , bo mi nie wyszło - zniecierpliwiła się Dorotka
- Daj , daj zrobię niemoto moja - zażartowałem
Jednak zrobienie zdjęcia trzymając drugą ręką rower i próbując jednocześnie przysunąć się do Dorotki okazało się bardzo karkołomne . Dopiero za trzecim razem powstało coś co z grubsza jest podobne do nas i w tle eksponuje koronny dowód naszej obecności w Mielnie.
Dalej prowadząc już tylko rowery dotarliśmy do pasażu prowadzącego na plaże , pełnego atrakcji dla wczasowiczów w postaci kawiarni , barów , sklepików , restauracji i atrakcji rodem z wesołego miasteczka . Przemierzając powoli te "krupówki" zatrzymaliśmy się zwabieni zapachem gofrów.
- Zjadła bym gofra na bogato , a ty? - błagalnie patrząc zapytała Dorotka
- Z chęcią , pamiętasz ? , ostatni raz jedliśmy takie gofry w Pogorzelicy w 1988 roku -rozmarzyłem się
- Nie to chyba było później , jak Pawełek był mały i jeździliśmy latem nad morze - sprostowała
- Może masz racje , ale na pewno były z jagodami - uśmiechnąłem się
Jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy , jakiś kwadrans później , umorusani bitą śmietaną delektowaliśmy się goframi może nie takimi NAJ ale takimi z naszych wspomnień. Jeszcze posiedzieliśmy na ławeczce , posłuchaliśmy mieszających się ze sobą odgłosów muzyki i ludzkiego gwaru , chwilę później wyruszyliśmy w drogę powrotną. Niestety czas nas naglił i nie mieliśmy czasu na wizytę w Ustroniance.
Wieczorem zmęczeni w taki pozytywny sposób , kiedy nabrzmiałe nogi i obolały tyłek jakby na przekór naturze sprawiają przyjemność , jedliśmy późną kolację siedząc obok siebie tak blisko że zdawało się że to dwugłowy smok pożera kanapki a nie dwie osobne aczkolwiek zrośnięte ze sobą wspomnieniami osoby.
