07-08.1984 (Bukowina cz.2)
Dzięki Bogu nie było wtedy jeszcze RODO, choć tak naprawdę podziwiam gaździnę już nieco wiekową , że na mój widok nie zatrzasnęła drzwi i nie wezwała policji.
- Dzień dobry , szukam oazy z Gryfic która przyjechała kilka dni temu z księdzem Tadeuszem Tyszkiewiczem- powiedziałem do starszej pani ciężko wspierając się o plecak.
Popatrzyła na mnie i chyba żal jej się zrobiło brodatego cepra z nieogoloną szczecinką zamiast czupryny na łepetynie na której perlił się pot.
-Masz szczęście kawalerze, dzisiaj właśnie byli się zameldować- odpowiedziała w gwarze (czego nie jestem w stanie powtórzyć), i otworzyła dużą czarną księgę.
Popatrzyła uważnie na otwartą stronę i spojrzawszy na mnie ponad okularami powiedziała
- Mieszkają na Olczańskim Wierchu
I nie czekając na odpowiedź zapisała mi na kartce adres.
-Wiecie jak tam dojść – zapytała z troską i ponownie nie czekając na odpowiedź pokazała ręką kierunek i dodała
-Na rozwidleniu skręćcie kawalerze w prawo i po lewej będzie ich chałupa.
Podziękowałem i ponownie zabrałem się do wędrówki znaną mi ulicą pod górę. Minąłem po prawej kościół , pocztę i resztkami sił stanąłem na rozwidleniu drogi. W lewo prowadziła do Zakopanego a w prawo dalej pod górę na Olczański Wierch. Pozostało odszukać tylko jeszcze właściwy numer domu. Przy kolejnym mijanym gospodarstwie w głębi podwórka zobaczyłem kilka rozbitych namiotów. Nie szukałem już nawet tabliczki z numerem budynku, tylko bezceremonialnie wparowałem na podwórko. Minąwszy okazały dom w stylu zakopiańskim doczłapałem się do pierwszego namiotu i uchyliwszy połę ległem na czyimś rozłożonym śpiworze, pozostawiając cały majdan przed namiotem oraz nogi wystające od kolan poza poły namiotu. Jeszcze tylko nikły przebłysk świadomości i usnąłem ciężkim snem.
Tylko z opowieści znam reakcję wespół obozowiczów, kiedy to po powrocie z wycieczki późnym popołudniem ze zdziwieniem zobaczyli czyjeś wystające z namiotu dziewczyn nogi, obute w skórzane kamasze i ubrane w znoszone moro. Dziewczyny które pierwsze to zobaczyły bały się podejść. Dopiero January, który rozpoznał moją gitarę podszedł do namiotu i trącając mnie nogą w buty zawołam w swoim stylu
- Gość nie w porę gorszy od Tatarzyna.
- Na boga a czyjże to zewłok w tak niechlujnym stanie los nam podrzucił- dodał i zaśmiał się tubalnie.
Wyrwany ze snu, z głową jeszcze ciężką, przecierając oczy brudną dłonią popatrzyłem na otaczające mnie uśmiechnięte twarze. Z trudem dźwignąłem się na zbolałe nogi wprost w objęcia Januarego, który mocno mnie ściskając kontynuował swój monolog.
- A skąd żeś to się wziął w naszych progach towarzyszu.
W odpowiedzi na pytanie jak dziecko wskazałem tylko ręką kierunek z którego przeszedłem mi, i gdyby nie odsiecz z jaką przyszedł Tadeusz pewnie byłbym przez Januarego przyduszony.
-Pchy..(pufnął po swojemu), no puść chłopaka niech tchu zaczerpnie, widać że zmęczony.
-Zaraz będzie kolacja to się wszystkiego dowiemy. - dodał
Tak też się stało. Umyłem się w letniej wodzie nagrzanej przez słońce w misce, ubrany w strój szpitalny przypominający piżamę składającą się z luźnych spodni na gumce i koszulki z krótkim rękawem z dekoltem w szpic (które dostałem w prezencie od Januarego) usiadłem do kolacji z innymi. Dopiero teraz mogłem im wyjaśnić jak ich odnalazłem , dziękując w myślach Bogu za obowiązek zameldowania się na pobyt dłuższy nić trzy dni, dzięki któremu byłem teraz ze swoją scholą.
