Nazajutrz nim jeszcze chłód nocy rozmył się w promieniach słońca , staliśmy przed blokiem w oczekiwaniu na dziewczyny. Każda wychodząca z klatki osoba budziła serce do mocniejszego bicia. Dziewczyny okazały się nad wyraz punktualne. Dokładnie o w pół do siódmej pojawiły się w drzwiach klatki schodowej , ubrane jak przystało na wycieczkę. Grażyna przywitała się z nami jakbyśmy znali się całe lata. Ubrana była w „kangurkę” i „rybaczki”. Włosy miała spięte do tyłu w kitkę. Cypis od razu ustawił nas tak , że znalazłem się obok Grażyny a sam o dwa kroki z przodu wędrował z Gośką opowiadając jej coś głośno tak , że co chwilę wybuchali śmiechem. Ukradkiem spoglądałem na Grażynę i nie mogłem się przemóc by powiedzieć cokolwiek. Jeszcze raz górę wzięła jej spostrzegawczość. Widząc widocznie wymalowane na mojej twarzy cierpienie pierwsza zapytała :
- Do jakiej szkoły chodzisz?
- Skończyłem właśnie ósmą klasę i idę do LO. – odparłem z ulgą
- I jak ci poszło?
- Można powiedzieć że poszło sądząc po ocenach .
- Ja skończyłam pierwszą klasę...
- Wiem – przerwałem jej
- Tak? - zapytała się podejrzliwie
- Mój tato pracuje z twoim bratem ...– chciałem wyjaśnić ale tym razem ona przerwała mi
- Wiem – powiedziała przekorą a chochliki w jej oczach zagrały diabelsko
Zdawała sobie chyba sprawę z mojej nieporadności i grała na tym mistrzowsko. Teraz po latach sądzę , że nawet mnie trochę lubiła i starała się w ten sposób nauczyć obcowania z dziewczynami.
Nasza podróż wąskotorówką wyglądała dość zabawnie. Pociąg pędzący z prędkością dziesięciu kilometrów na godzinę po niemiłosiernie powybijanych torach potrzebował ponad dwóch godzin by pokonać dzielące nas od morze niespełna trzydzieści kilometrów. W wagonie bez przedziałów siedzieliśmy sami. Przez niedomykające się okna wpadało do wagonu świeże powietrze rozrzedzając trochę przykry zapach dolatujący z kabiny WC. Do dziś nie potrafię zrozumieć dlaczego kolejowe toalety tak przykro pachną. Sądząc z ich mechaniki (dziura w podłodze gubiąca wszystko na tory) oraz ogromnej ilości świeżego powietrza (wpadającego przez wszystkie nieszczelności tego przybytku) , nie powinno tu pachnieć inaczej niż na leśnej polanie.
Jedyną osobą którą widzieliśmy podczas przejażdżki był konduktor w poplamionym mundurze i wymemłanej koszuli. Dziewczynom wycieczka sprawiała frajdę. Z rozwianymi włosami wychylały się przez okno i łapały w ręce liście z gęsto porastających otoczenie toru drzew. Śpiewały co chwila jakąś piosenkę o charakterze turystycznym. Nam ich nastrój udzielał się w umiarkowany sposób. Ja byłem zbyt poważny a Cypis zbyt często korzystał z papierosów które mu wczoraj obiecałem. Gdy dojechaliśmy na miejsce pogoda trochę się zmieniła. Często tak bywa że nad samym morzem pogoda jest diametralnie inna niż kilka kilometrów dalej. Ogólnie było ciepło ale niebo było zasnute ciemnymi chmurami przez które co jakiś czas zerkało ukradkiem słońce. Z dworca na plażę wędrowaliśmy w zmienionym szyku. Dziewczyny były podejrzanie rozentuzjazmowane. Myślę że po raz pierwszy miały zobaczyć morze , choć nigdy się do tego nie przyznały. Zbliżając się długim i niezbyt stromym zejściem do morza słyszeliśmy jak fale z hukiem uderzają w brzeg. Lekki wiatr niósł wilgotne powietrze w głąb lądu , powietrze pachnące morzem. Sam nie wiem czy lubię ten zapach czy nie. Gdy z za ostatniej dzielącej nas wydmy wyłoniło się „ono” lekko spienione i jednostajnie huczące , dziewczyny z dzikim rykiem popędziły przez rozległą plażę i nie ściągając nawet butów wpadły do wody brodząc w niej po kolana. Lekko zdziwieni ale nie dający po sobie tego poznać podążyliśmy za nimi. Cieszyły się jak małe dzieci. Chlapały na siebie wodą nie bacząc na to , że padał drobniuteńki deszczyk. Próbowały wody wołając do siebie – Słona! Słona! Słona! – my dla nich nie istnieliśmy. Po jakimś kwadransie nacieszyły się już smakiem i konsystencją morskiej wody. Wyszły na brzeg i usiadły na mokrym piasku.
- Morze jest piękne – powiedziała Grażyna
Gośka jej przytaknęła.
- Szkoda że dziś jest pochmurnie , można by się było pokąpać – dodała Grażyna
- Woda nie jest chyba za ciepła? – zapytał Cypis
- Może nie , ale kąpiel w morzu była by wspaniała – odpowiedziała Grażyna
- Ja wolę kąpiele w jeziorach – dorzuciłem
- Jezioro to jezioro , a morze to morze. My nie mamy morza na wyciągnięcie ręki tak jak wy więc musicie nas zrozumieć – dołączyła się do rozmowy Gośka.
- Punkt drugi wycieczki. Latarnia – zaproponował Cypis
- Latarnia , latarnia idziemy do latarni – podśpiewywały dziewczyny.
Zdjęły mokre buty i brodząc na bosaka w wodzie szły przed nami o jakieś dwa kroki trzymając się pod pachę. Co kilka kroków spoglądała na nas to jedna to druga i mówiąc sobie coś na ucho wybuchały śmiechem.
Nie zauważyły nawet , że deszcz rozpadał się na dobre. Zacinał nam prosto w twarz. Po kilku minutach miałem kieszenie pełne wody a plecy całkiem suche. Idąc dalej umocnionym wybetonowanym podejściem od strony plaży dotarliśmy do podnóża latarni stojącej na wysokim w tym miejscu klifie. Dalej czekała nas wspinaczka po krętych schodach na szczyt. Lekko zdyszani dotarliśmy w końcu na balkon otaczający latarnię poniżej przeszklonej kopuły w której znajdował się ogromny reflektor – jej serce.
Widok jaki się rozpościerał z balkonu zapierał dech w piersi. Teraz można było dopiero docenić ogrom morza wypełniającego połowę horyzontu. W dole pod nami poruszały się nieliczne malutkie figurki ludzi.
Licha barierka okalająca balkon nie budziła mojego zaufania. Bojąc się do niej zbliżyć stałem pod ścianą od strony morza i patrzyłem jak krople deszczu spływają po twarzy Grażynie i jak co jakiś czas dołącza do nich duża kropla spływająca z długich rzęs. Nie można było tego ukryć , podobała mi się ta dziewczyna. Wiedziałem że czuje na sobie mój wzrok i że sprawia jej to przyjemność. Raz po raz niby to przypadkiem spoglądała na mnie i uśmiech pojawiał się na jej twarzy. Nie wiem co tak do końca oznaczał.
- Robi wrażenie ? – zapytałem i podszedłem do niej przełamując lęk przed wysokością
- Nic piękniejszego nie widziałam. Mogła bym tu zostać na zawsze – odpowiedziała nie przestając patrzeć na morze
- Nie znudziło by ci się ciągle moknąć? - zapytałem patrząc jak kolejna kropla opuszcza się z jej rzęs
- Może by i się znudziło ale teraz o tym nie myślę – odparła z przekorą
- Ja bym mógł tu zostać i to nie ze względu na morze... – sam siebie nie poznawałem mówiąc to do niej
- Nie kończ proszę , nie trzeba – przerwała i spojrzała na mnie chmurnie
- Hej idziemy na lody , trzeba się rozgrzać – zawołał Cypis któremu się chyba powodziło z Gośką bo trzymali się już za ręce.
Grażyna parsknęła śmiechem i jakby teraz dopiero zauważyła , że jest cała przemoczona powiedziała:
- Boże ale zmokliśmy , może lepiej napijmy się herbaty – zaproponowała
- Ok! Idziemy na herbatę – podchwycił Cypis i skacząc po dwa schody popędził za Gośką która już zdążyła zejść na dół
Była pełnia sezonu , ale znaleźć miejsce gdzie można napić się herbaty było trudno. Frytki , placki , gofry , lody , ryba ale tylko do „Pepsi” albo oranżady. Dopiero w restauracji o nazwie „Kotwica” udało się nam zamówić herbatę. Mieliśmy szczęście że Cypis zarobił wczoraj parę złotych za butelki bo musieli byśmy patrzeć jak dziewczyny same piją . Lokal był utrzymany w stylu „późnego gierka” a herbata w smaku przypominała wszystko tylko nie złocisty napój którego nazwę nosiła. Woda była niezaprzeczalnie słonawa jakby ją zaczerpnięto z morza i miała tylko jedną zaletę , była gorąca. Nie mówiąc nic wypiliśmy herbatę po bałtycku i wybraliśmy się na zwiedzanie kiosków z pamiątkami. Gdzieś po dobrej godzinie tych zakupów czas było wracać do domu. Tym razem jechaliśmy w milczeniu. Dziewczyny siedziały patrząc na znikające za oknem krajobrazy. My też nie przerywaliśmy tego milczenia. Całą drogę myślałem o naszej rozmowie na latarni. Nie rozumiałem jej sensu do końca.
Odprowadziliśmy dziewczyny pod same drzwi.
- Warto było zmoknąć z nami dzisiaj ? – zapytał Cypis
- A wy jesteście zadowoleni? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Grażyna
- Może wybierzemy się jeszcze kiedyś razem nad morze? – zapytałem
- Może pojedziemy jeszcze nad morze – odparła zagadkowo Grażyna
- To jakby co , dajcie znać – spuentował Cypis i wlepiając w policzek Gośki całusa popędził na dół wołając jeszcze przez ramię – Cześć!
Gośka zniknęła za drzwiami mieszkania i pozostaliśmy sami na klatce. Grażyna unikała mojego wzroku milcząc. Trudno było mi znaleźć słowa które mogły by wypełnić tę pustkę.
- Powiedz szczerze , pierwszy raz byłaś nad morzem? – zapytałem
- A ty powiedz czy też pierwszy raz ...? – zapytała retorycznie i uścisnąwszy mnie za rękę zatrzasnęła za sobą drzwi.
Schodziłem wolno po schodach czując jeszcze jej dotyk na dłoni. Więcej między nami było słów nie wypowiedzianych niż tych które faktycznie usłyszał świat. Jak by sobie nie tłumaczyć jej zachowania byłem szczęśliwy i nic wtedy tego nie zmieniło. Jako że w Gryficach pogoda była prawdziwie letnia , słoneczna , do późnej nocy siedzieliśmy na ławce rozmawiając o wszystkim i o niczym. Raz po raz ciszę nocy burzył wybuch naszego śmiechu. Jeszcze dzisiaj czuję zapach letniego wieczoru i słyszę szum liści rosnących za płotem klonów. Wszystko było wtedy idealne i pogoda i towarzystwo i nasze myśli.
