31.VII.2022
Kiedy budzi cię kolejny dzień, gdy nie zapisałeś w pamięci żadnych do realizacji planów, los bierze wszystko w swoje ręce i co chce podaruje. Taka była też ta niedziela. Szczęśliwym trafem w sobotę odhaczyłem wszystkie (no prawie) zaplanowane na niedzielę prace i gdy dzieci rozjechały się każde w swoją stronę a za oknem mrugał do mnie nielicznymi chmurkami piękny lipcowy dzień, los szepnął mi do ucha
-Jedź, bierz rower i jedź.
Z ciężarem na ramieniu (pamiętając jeszcze ubiegłoroczną depresyjną wycieczkę trasą przez Unibórz i Sikorki) niespiesznie poczłapałem za tym natarczywym wezwaniem. Po sprawdzeniu roweru i wymianie niepewnej dętki, zaopatrzony w ekwipunek „Na wszelki wypadek” i skromny prowiant pojechałem. Umówiłem się z tatą że przed kolacją wrócę do domu. Mając do dyspozycji sześć godzin postanowiłem pojechać w stronę Kołobrzegu przez Trzebiatów , Mrzeżyno i Dźwirzyno. Jako że nie byłem w stanie ocenić ile czasu zajmie mi dotarcie do Kołobrzegu, podzieliłem trasę na dwa odcinki trzy godzinne. Połowę czasu na jazdę w stronę Kołobrzegu i połowę czasu na powrót.
Droga z Gryfic do Trzebiatowa po niedawnym remoncie była idealna do jazdy rowerem. Nie licząc kilku wzniesień nie nastręczała większych trudności. Problemem było natomiast dostosowanie prędkości. Przez kilkanaście ostatnich lat jeździłem zawsze z moją kochaną Dorotką i dopasowywałem się do jej możliwości. Teraz gdy już jej nie ma, nienauczony samokontroli to przyspieszałem mimowolnie to znowu zwalniałem zdając sobie sprawę z tego że to jednak długa trasa a po rocznej przerwie lepiej nie przeszarżować. Do samego Trzebiatowa balansowałem między szybszą a rozsądną jazdą, dopiero po dotarciu do ścieżki rowerowej prowadzącej z Trzebiatowa do Mrzeżyna udało mi się ustabilizować te wahania.
O ile samotna podróż do Trzebiatowa była podobnie dołująca jak wędrówki rowerem w ubiegłym roku, to już poruszanie się po nieco zatłoczonych ścieżkach rowerowych dała wytchnienie emocjom. Czy to działanie antydepresantów, czy też tętniące letnim rozchełstaniem nadmorskie życie sprawiło że spłynął na mnie życiodajny spokój i swoim dawnym zwyczajem przyglądałem się mijanym ludziom. Odgadywałem ich pochodzenie, wymyślałem im imiona, budowałem w wyobraźni ich życiorysy i zawody. Chłonąc ich entuzjazm i niczym nie ograniczone akcentowanie tak w ubiorze jak i zachowaniu wakacyjne rozluźnienie zdałem sobie sprawę, że jest środek lata, szczyt wakacyjnego wypoczynku. Zaskoczyło mnie to prawie tak jakby spadł śnieg. Tak, do tej pory nie dotarło do mnie jeszcze że jest lato, że ludzie mają urlopy i wakacje. Na chwilę rozpierzchła się szarość codziennego dnia zamknięta na kilku metrach kwadratowych i wyrytych w pamięci brutalną codziennością drogach do sklepu, do mamy, do kościoła, do Konarzewa…
Do Kołobrzegu dotarłem z dużym zapasem czasowym nawet po mimo ponownej zmiany dętki. Zapas czasu był na tyle duży że drogę przez park do kołobrzeskiego „monciaka” odbyłem spacerem. Niezliczony, wielonarodowy tłum w którym przeważali Niemcy, ale dało się również usłyszeć język czeski, węgierski i języki skandynawskie, zapełniał główną aleję prowadzącą na molo. Samotny pośród tłumu, przyschnięty i przygarbiony, czułem jednak swoisty rodzaj radości. Ten gwar ludzki, ten nikły szum morza sprawiały wrażenie jak by moja kochana Dorotka była tu ze mną. Niewidoczna, ale również i szczęśliwa, spowita tą aurą odpoczynku i wszechobecnego spokoju. Jak bym ją przytulił, jakbym ją pocałował, jakbym spełnił obietnicę rychłego spotkania…
Jeszcze tylko zdjęcie, podobne do tego zrobionego dwa lata temu w Mielnie, tyle tylko że samotne z Jej obecnością wykreśloną nikłym uśmiechem na mojej twarzy. Jeszcze tylko chwila spaceru parkowymi alejkami i nieuchronny czas powrotu.
Droga do domu okazała się łatwiejsza za sprawą wiatru wiejącego lekko w plecy, z krótką przerwą na tankowanie w trzebiatowskiej Żabce. Zmęczony szybką (jak na mnie) jazdą z nieukrywaną radością przywitałem to przytłaczające do obrzydzenia swoją codziennością miasteczko w którym spędziłem ostatnie pół wieku, miasteczko które było mimowolnym świadkiem moich radości, które też stało się szarpiącym swoją niezmiennością potworem.
„Tęsknota jest jak dzika rzeka porywcza i głęboka.
Tęsknota jest jak wiatr na pustkowiu, królową w bezhołowiu.
Tęsknota jest jak żar z nieba, gdy kogoś zabraknie żyć się nie da.”
